poniedziałek, 22 grudnia 2014

Aliancki zrzut we Włodkach 1944

 
 
Bombowiec wystartował z Włoch
 
Z Brindisi we Włoszech wzbiło się w niebo 8 kwietnia 1944 r. osiemnaście samolotów. Z wyjątkiem jednego wszystkie skierowały się w stronę odległej Polski. Wśród nich znajdował się ten, który miał dokonać zrzutu pod wsią Włodki niedaleko Sokołowa.
 
Najtrudniejsze zadanie przypadło trzem samolotom, które miały dostarczyć ładunek we wschodnie regiony naszego kraju. Dwa bombowce transportowały wyposażenie za Bug, dla walczącej na kresach Wołyńskiej 27 Dywizji Piechoty. Trzecim samolotem – Halifax II, oznaczonym numerem T.284 dowodzili: major Michał Goszczyński i kapitan nawigator Edward Bogdanowicz. Do załogi należeli jeszcze drugi pilot sierżant Wieczorek oraz sierżanci Gołębiewski, Rutkowski, Filipiak, Skopiński i Kołacz. W sumie ośmiu polskich lotników. Maszyna ta wchodziła w skład 1586 eskadry do zadań specjalnych, nad którą pieczę sprawował major nawigator Stanisław Król.
Po kilkugodzinnym locie w skrajnie niebezpiecznych warunkach – przy konieczności utrzymywania stale niskiego pułapu i zagrożeniu niespodziewanym atakiem nieprzyjacielskich myśliwców lub ostrzelania ze stanowisk przeciwlotniczej obrony, bombowiec znalazł się wreszcie niedaleko celu wyprawy. Załoga z napięciem obserwowała, kiedy w wyznaczonym punkcie pojawi się świetlna strzała, wskazująca dokładnie miejsce zrzutu i kierunek wiatru naziemnego.
 
Przygotowania do zrzutu
Na polach koło wsi Włodki ustawieni w trzy linie żołnierze AK, tworzyli wyczekiwaną przez lotników strzałę. Uczestniczący w akcji specjalny wysłannik Komendy Głównej AK z Warszawy pseudonim Boryna uspakajał dowodzących miejscowymi oddziałami – m.in. Jastrzębca – Wacława Piekarskiego tłumacząc, że tym razem aliancki samolot pojawi się na pewno. Było to nawiązanie do dwóch poprzednich akcji zrzutów – pod Kosowem Lackim oraz Seroczynem, do których nie doszło latem i jesieni± 1943 r..
Tym razem wszystko przebiegło prawidłowo. Najpierw pojawił się emisariusz z Warszawy i wybrano miejsce zrzutu. Noc zapowiadała się bezchmurna, księżycowa i chłodna, a co najważniejsze doczekano się podczas nasłuchiwania brytyjskiego radia BBC umówionej melodii. Na zakończenie wieczornych wiadomości spiker zapowiedział piosenkę „Podkóweczki dajcie ognia...” W domu Skorupków w Błoniu Dużym, gdzie na ten sygnał oczekiwało nerwowo kilku partyzantów zapanowała radość. Oznaczało to, że samolot właśnie wystartował.
Natychmiast też rozpoczęto realizację kolejnych etapów przygotowanego planu. Pozycje osłaniające w lesie Dąbrówka zajął liczący trzydziestu dobrze uzbrojonych ludzi oddział, którego zadaniem było ewentualne odparcie podążających z Sokołowa Niemców. Na miejsce zrzutu opodal wałów grodziska pod Włodkami wyruszył kolejny oddział, mający przyjąć dostarczony drogą lotniczą sprzęt. Jako środek transportu służyły furmanki. Według relacji świadków w akcji brało w sumie udział 80. akowców. Wśród nich znalazły się m.in. pluton porucznika Dzika i oddział leśny pod dowództwem rotmistrza Zycha (Jana Buraczewskiego). Całością operacji kierował major Czesław Majewski pseudonim Moro.
 
Leci samolot!
Uczestnicy akcji pod Włodkami czas oczekiwania skracali sobie cichym śpiewem i rozmowami. Około trzeciej nad ranem, zmęczeni przedłużającym się brakiem sygnałów świadczących o zbliżaniu się samolotu nareszcie usłyszeli najpierw cichy, potem stopniowo narastający warkot maszyny. Dudnienie wzmagało się z każdą chwilą, by przekształcić się w ogłuszający uszy huk.
Wszystkim drżały serca, każdy wyobrażał sobie bowiem, że łoskot muszą słyszeć również Niemcy w Sokołowie. Spodziewano się najgorszego, szeptano, że pewnie już wyruszyły z miasta ciężarówki wyładowane hitlerowskimi żołnierzami. Dowódcy przekrzykując hałas kazali zapalać latarki ludziom ustawionym w strzałę świetlną.
Wreszcie wszyscy dostrzegli na ciemnym niebie miganie świateł pozycyjnych bombowca, którego załoga zauważyła znaki świetlne. Samolot rozpoczął nawrót i zataczanie olbrzymich kół nad polem.
Na początku od halifaksa oderwał się niewielkich rozmiarów pojemnik, po nim przyszła kolej na większe ładunki. W sumie dokonano zrzutu dwunastu zabezpieczonych pakunków. Jeden z nich, w którym nie otworzył się spadochron niestety rozbił się uderzając o twarde podłoże. Wysypał się z niego sprzęt, ale natychmiast go pozbierano. Kiedy ostatnie przesyłki były już w posiadaniu żołnierzy podziemia samolot zatoczył ostatnie koło i ponownie dał znać światłami o zakończeniu całej akcji.
 
Wielkanocny prezent
Z załadunkiem dostarczonego drogą powietrzną materiału na wozy ludzie poradzili sobie sprawnie i szybko. Dowódcy zarządzili zatarcie śladów i wymarsz do tymczasowego miejsca złożenia zrzutu w Błoniu Dużym. Furmanki ubezpieczone z przodu tzw. szpic± posuwały się tak wolno, że zaczęło świtać i kierujący się główną drogą oddział spotykał co chwilę zmierzających do kościoła na rezurekcję miejscowych parafian.
W międzyczasie gońcy donieśli o braku ruchów ze strony stacjonujących w Sokołowie Niemców. Transport bezpiecznie dotarł do gospodarstwa Eugeniusza Błońskiego, gdzie został złożony w stodole wraz ze spadochronami. Natychmiast też wystawiono posterunki mające ubezpieczać teren. Odwołano też oddział z lasu Dąbrówka, który spełnił swoje zadanie. Część ludzi odesłano do domów, pomiędzy partyzantów z lasu rozdzielono umundurowanie i broń, część przypadła miejscowym oddziałom kedywu. Sporządzono listy dostarczonych w czasie zrzutu materiałów, z których część przechowała się do naszych czasów. Były to głównie materiały wybuchowe, mające służyć do akcji dywersyjnych.
Najciekawszą okazała się najmniejsza przesyłka. W metalowym pojemniku znaleziono ręcznie malowane pisanki, życzenia i słowa piosenki: „Jeden nas łączy los i jeden łączy ból..”, którą na melodię Wizji Szyldwacha śpiewano wielokrotnie. Zdecydowano, że prezent zostanie przesłany do Komendanta Głównego i Delegata Rządu – zawiózł go Józef Milik pseudonim Dzima. Spędzający w Błoniu pierwszy dzień Świąt Wielkiej Nocy partyzanci w dobrych nastrojach zjedli uroczyste śniadanie i wieczorem rozeszli się. Dopiero następnego dnia przeniesiono transport w nowe miejsce.
 
Dotarli do bazy
Tymczasem Halifaks II szczęśliwie zmierzał do macierzystego lotniska we Włoszech. Kiedy ostatecznie załoga ujrzała na horyzoncie fale Morza Adriatyckiego, odczuła ulgę. Dowódca, nie omieszkał wspomnieć wydarzenia, w jakim uczestniczył podczas przelotu przez tereny okupowanej Danii i ostrzelaniu przez niemiecką artylerię przeciw lotniczą. Inni już o tym wielokrotnie słyszeli, ale musieli przyznać, że miał wtedy wiele szczęścia, bo pociski trafiły w pusty zbiornik paliwowy znajdujący się w skrzydle samolotu. W innym wypadku skończyłoby się eksplozją i śmiercią wszystkich.
Załoga dotarła bezpiecznie i na miejscu dowiedziała się, że wszystkie maszyny, które wzbiły się w powietrze 8 kwietnia bezpiecznie wróciły do bazy.
 
Kropla w morzu...
Obwód Armii Krajowej Sokołów Podlaski otrzymał uzbrojenie z dwóch zrzutów. Oprócz tego pod Włodkami, przyjęto także część materiałów i broni ze zrzutu w obwodzie siedleckim. Na podstawie zachowanych spisów można ustalić zawarto¶ć pojemników. Było to wyposażenie, w skład którego wchodziły m.in. materiały wybuchowe, w tym plastik oraz lonty, detonatory, zapalniki, spłonki, a także ołówki czasowe, tasma, drut, zapałki sztormowe, szczypce i noże. Do tego zazwyczaj dołączano granaty obronne, pistolety Walter i Stef, czasami karabiny maszynowe Sten wraz z odpowiednim zapasem amunicji i opatrunki. W zrzucie we Włodkach znajdowało się aż 110 kilogramów plastiku w laseczkach, który miał posłużyć do przeprowadzenia akcji na konkretne cele.
Niestety była to zaledwie kropla w morzu potrzeb walczących z okupantem partyzantów. Miejscowe podziemie uzupełniało stan swego uzbrojenia w różnoraki sposób używając do tego celu przekupstwa, czy rozbrajając jak nadarzała się sposobna ku temu okazja niemieckich żołnierzy.
Kiedy rozpoczęto realizację planu Burza na Podlasiu okazało się, że ponad połowa z zmobilizowanych nie posiadała broni i należało j± dopiero na wrogu zdobyć. Stan uzbrojenia poprawił się dopiero po przejściu frontu wschodniego i demobilizacji oddziałów zbrojnych Armii Krajowej. Operujący na terenie obwodu sokołowskiego w latach 1944-1945 kilkunastoosobowy tzw. Obwodowy Patrol Żandarmerii AK mający za zadanie utrzymać porządek w powiecie i zapobiec nadużyciom nowych, komunistycznych władz posiadał do swojej dyspozycji praktycznie całe dotychczasowe uzbrojenie, zmagazynowane w tajnych skrytkach, a jego siła ogniowa była ogromna.
 
DARIUSZ KOSIERADZKI  
 
 

Poprawiony (sobota, 18 września 2010 09:53)