niedziela, 21 września 2014

Rodzina młynarzy Górskich z Repek

 

 

 
 
Cztery pokolenia rodziny Górskich z Repek w zawodzie młynarza
Jak historyk stał się młynarzem
 
Jesteśmy czwartym pokoleniem młynarskim – mówi Bernard Górski właściciel młyna w Repkach. – Moi pradziadkowie zaczynali od dzierżaw młyńskich. Pierwszym znanym nam miejscem, gdzie dzierżawiliśmy młyn wodny około połowy XIX w. była wieś Pełch koło Ciechanowca. 
 
– Tam gospodarował mój dziadek Aleksander i tam urodził się mój dziadek Stanisław Górski – wspomina Bernard Górski, obecny właściciel młyna w Repkach, wskazując na wiszące w biurze stare fotografie. – Byłem kiedyś w tej wsi, zwiedzałem jakieś resztki zabudowań, które są przy tej rzeczce, ale nikt nie pamięta już tego starego młyna. 
 
Hrabia Górski i młynarz Górski
 
– Potem pradziadkowie przeszli na dzierżawę młyna w miejscowości Boćki niedaleko Siemiatycz, a następnie już na początku XX w. przenieśli się do wsi Bohy opodal Szkopów. Na rzeczce Myśli był bardzo mały młyn wodny. Zresztą pradziadek z dziadkiem rozglądali się cały czas za czymś większym i trafiła się rychło taka okazja. Zwolniło się bowiem miejsce w młynie należącym do dóbr Ceranów, u hrabiego Ludwika Górskiego – śmieje się Bernard Górski i dodaje – mój dziadek, Stanisław Górski, wybrał się tam w sprawie tej pracy. Dowiedział się, że owszem potrzebny jest młynarz i to od zaraz. Następnego dnia miała być podpisana umowa, przybył nawet sam hrabia Ludwik Górski. Wszystko było przygotowane, no ale jak zapytał o nazwisko... „Z tym nazwiskiem absolutnie nie!” – uciął krótko całą dyskusję o ewentualnej dzierżawie hrabia Górski. Na szczęście dla dziadka Stanisława zwolniła się wtedy też dzierżawa młyna na majątku w Repkach, u Doria – Dernałowiczów. Pan Bernard Górski zdejmuje ze ściany oprawiony w ramki dokumenty z lat 1896–1905 potwierdzający dziesięcioletnią dzierżawę dworskiego młyna w Repach podpisany przez hrabiego. Dziadek Bernarda Górskiego – Stanisław postanowił wzorem wielu innych w owym czasie wyjechać do Ameryki i zarobić trochę dolarów. W tym czasie wybuchła I wojna światowa, dlatego i jego pobyt w Stanach Zjednoczonych przeciągnął się o kilka lat. Po zakończeniu wojny powrócił do Repek i pobudował tu swój pierwszy młyn. Był to wiatrak.
  
Spalić konkurenta!
 
– Niestety, ale w latach 20. XX w. była silna i często nieuczciwa walka pomiędzy konkurencyjnymi młynami, które praktycznie znajdowały się w każdej większej wiosce w regionie – twierdzi Bernard Górski. – Często zdarzało się tak, że zagrożony w tej samej okolicy stary młynarz korzystał z usług bandziorów, których wynajmował do wyeliminowania swojej konkurencji. Ci w nocy podpalili nasz wiatrak. Zachował się dokładny zapis w książce ochotniczej straży pożarnej w Zawadach – wskazuje na możliwość sprawdzenia tej opowieści. W 1926 r. Stanisław Górski pobudował następny młyn w Repkach. Młyn ten był już nowocześniejszy, miał już silnik parowy diesla.– Pewien życzliwy Żyd namawiał mojego dziadka Stanisława, żeby się ubezpieczył, bo gdzieś słyszał jakieś knowania przeciw niemu – kontynuuje swoją rodzinną opowieść Bernard Górski. – Dziadek nie miał wtedy oszczędności i zwlekał z decyzją. Wtedy ów Żyd pożyczył mu pieniądze, mało tego, przyjechał bryczką, zawiózł do miasta i ubezpieczyli młyn. Za kilkanaście dni sprawdził się czarny scenariusz wydarzeń zapowiadanych przez Żyda – nasz drugi młyn poszedł z dymem, winnych oczywiście nie wykryto. Na szczęście wypłacono dziadkowi odszkodowanie i uzyskał też jakieś kredyty w banku na swoją działalność. Udało mu się kupić potrzebne do młyna maszyny. Młyn tym razem wybudował solidny, murowany, też napędzany silnikiem parowym. Młyn ten był nowocześniejszy, z większą mocą produkcyjną, wydajnością trzy tony na dobę. 
 
 
Był sabotaż, czy nie?
 
– To były już lata 30. XX w. i interes jakoś się kręcił. Potem wybuchła II wojna światowa – opowiada dalej Bernard Górski. Do Repek wkraczały kolejne armie okupacyjne. Pierwsi byli Niemcy. Ci urządzili w piwnicach młyna kantyny, oczywiście młyn pracował na ich potrzeby. Następnie przyszli Rosjanie. W tym miejscu, gdzie była niemiecka kantyna, gdzie pito do tej pory francuskie wina, jedzono delikatesy, Rosjanie ustawili od razu parnik i po prostu gotowali pszenicę na bimber.– Rosjanie nie za bardzo konserwowali te urządzenia mechaniczne w naszym młynie, a silnik diesla miał olbrzymie koło zamachowe – śmieje się Bernard Górski. – W pewnym momencie koło się zatarło i wypadło przez dach, lecąc na oślep kilkaset metrów. Uznali to za sabotaż! Zagonili wtedy wszystkich pod ścianę. Gotowi byli rozstrzelać wszystkich, jeśli nie znajdzie się winny. Na szczęście jakiś bardziej roztropny oficer rosyjski w porę opanował niebezpieczną sytuację, realnie oceniając przyczyny awarii. Najzwyczajniej w świecie dał po kopniaku każdemu z czerwonoarmistów i tym sposobem uratował życie przebywającym wówczas w młynie miejscowym ludziom. Latem 1944 r. wycofujący się z Repek Niemcy, chcieli wysadzić nasz młyn. Już były nawet założone ładunki wybuchowe. Dziadek Stanisław, który z racji swojej wyprawy do Ameryki mówił po angielsku, w oburzeniu zaklął głośno w tym języku. Któryś z oficerów niemieckich zainteresował się skąd tu na końcu świata, w zapadłej wsi, ktoś potraf mówić po angielsku. Doszło do tego, że kazał żołnierzom rozminować młyn. 
 
Na Syberię z kułakiem!
 
– W lutym 1945 r. NKWD urządziło obławę w Repkach mojego ojca Jerzego i wraz z pracownikiem zesłano go na Syberię. Wywieźli ich aż do Swierdłowska. Z Syberii niektórzy wracali już po trzech miesiącach, ale mój ojciec wrócił dopiero po roku. Władza ludowa przejmowała wtedy i upaństwawiała na siłę większe młyny. Nasz należał do tych mniejszych, które posiadały tylko jedną parę walców i nie kwalifikował się do przejęcia. Potem przyszły lata 50., niszczenie prywatnej własności, zakaz handlu. Jakoś wytrzymaliśmy to wszystko. Wykonywaliśmy wówczas typowe usługi dla rolnictwa, rzemiosła. Obowiązywał całkowity zakaz handlu. Wyglądało to w sposób następujący: przyjeżdżał sobie taki pan X przywoził 100 kg ziarna w zamian dostawał mąkę, a płacił tylko za przemiał. Było to tylko takie egzystowanie. Prowadził to mój ojciec Jerzy dokładnie od 1959 r. do lat 90. Dalszy rozwój rodzinnej firmy nastąpił w latach 80. i 90. XX w. – wspomina.– Po studiach historycznych wróciłem do Repek. Zaczęły się problemy z pracą. Był stan wojenny, a ja byłem aktywnym działaczem opozycji i nie miałem z tego powodu wielkich szans na zatrudnienie w jakiejkolwiek szkole. Planowałem trochę wypocząć w domu rodzinnym i zastanowić się, co dalej. I tak już zostałem. Zaczęliśmy myśleć z ojcem Jerzym i bratem Włodzimierzem o rozbudowywaniu i unowocześnieniu naszego młyna w Repkach – mówi Bernard Górski.
 
 
 
 
Historyk młynarzem!
 
– Tak się złożyło, że ojciec w tym czasie złamał sobie nogę i trafił do Otwocka. Następnego dnia rano przyszedłem do młyna i popatrzyłem na to wszystko z politowaniem – Bernard Górski przywołuje z przeszłości tamte pierwsze chwile w zawodzie młynarskim. – Myślałem, co z tym robić, bo tam było pełno kół, przekładni, cuda jakieś, o których nie miałem tak naprawdę większego pojęcia. I tak walczyłem z tym ze dwa tygodnie i jakimś cudem to wszystko pewnego dnia ruszyło. W taki sposób historyk stał się młynarzem! Potem zaczął się okres inwestowania – to były lata 90. Wymyśliłem, że trzeba tę naszą mąkę gdzieś sprzedać, a najlepiej w stolicy. Kupiłem żuka i zacząłem wozić nasz towar do warszawskich cukierni. Jak cały ten pomysł zaskoczył i zaczął przynosić dochód, kupiłem jeszcze większy samochód, kolejne maszyny i zacząłem modernizować firmę. W latach 80. byliśmy w stanie przemleć na dobę 5 ton pszenicy. Teraz dla porównania podam, że jesteśmy w stanie przemleć w tym samym czasie 80 ton. Po czym zaczęło się zaciąganie kredytów pod inwestycje. Kiedy osiągnęliśmy trzydziestotonowy przemiał, trzeba było wybudować magazyny – nowe silosy na 2,5 tys. ton, założyć dobre laboratorium z amerykańskim sprzętem – podkreśla. Obecnie młyn jest zmodernizowany, ma dwie linie przemiałowe: żytnią i pszenną, w pełni zautomatyzowane z tzw. odbiorem pneumatycznym, praktycznie bezobsługowe. Młyn jest w stanie zrobić każdą mąkę, jaką zażyczy sobie klient. Sztandarowym produktem jest Mąka Sokołowska Jasna. Firma zatrudnia pięciu pracowników. – Sami rozwozimy towar, jest jeden samochód do sprzedaży detalicznej do sklepów, dwa do hurtu do piekarni i cukierni. Produkujemy cały asortyment mąk pszennych i żytnich. Mamy około dwustu stałych dostawców zboża z trójkąta Siedlce – Drohiczyn – Sokołów Podlaski. To jest podstawowa baza surowcowa naszego zakładu. Zaopatrujemy około 200 placówek detalicznych, 20 piekarni i około 20 cukierni, głównie w Warszawie. Swoją działalnością obejmujemy kilkanaście powiatów w regionie. Mamy też wyłączność na produkcję opłatków i komunikantów w obu diecezjach, tj. drohiczyńskiej i siedleckiej, a odbiorcami są Siostry Benedyktynki w Drohiczynie i Sakramentki w Siedlcach – wylicza właściciel młyna w Repkach.
 
JOLANTA GRUŻEWSKA/DARIUSZ KOSIERADZKI
fot. Jolanta Gruzewska
 

 

 
 
DWA Z PIĘDZIESIĘCIUW powiecie sokołowskim w latach pięćdziesiątych XX w. było ponad czterdzieści pracujących młynów, większość z nich to młyny przejęte przez państwo, które nie przeżyły systemu socjalistycznego. Kilka innych, prywatnych nie zdołało się dostosować do gospodarki wolnorynkowej, jaka nastała w latach 90. Dziś są u nas tylko dwa młyny produkujące mąkę na potrzeby rynku warszawskiego i lokalnego, tj. młyn Górskich w Repkach i młyn Ufnali w Grochowie. 
WĘDRUSAMI nazywano dawnych młynarz, którzy utracili z różnych powodów miejsce swojej pracy i zajmowali się pośrednictwem. Obowiązkiem każdego młynarza, który pracował w zawodzie, było przyjąć takiego wędrusa, nakarmić go i przenocować. Wędrusi zajmowali się drobnymi usługami, takimi jak obijanie odsiewacza, czy kucie kamieni młyńskich. Korzystając z pewnych przywilejów, jakimi się cieszyli wędrusi, wielu żebraków i bezdomnych zaczęło się podszywać pod nich. Wtedy wymyślono znane tylko młynarzom i wędrusom umówione hasło identyfikujące. Hasło brzmiało „usic”, a odzew: „klapersic”. 
LITKUP W REPKOWSKIM MŁYNIEW latach 70. XX w., kiedy nie było jeszcze restauracji w Repkach, Gminna Spółdzielnia organizowała skupy płodów rolnych i zwierząt hodowlanych od miejscowych rolników. Wówczas jedynym miejscem, gdzie piło się tzw. litkup po udanej transakcji, był młyn Górskich w Repkach. Na piętrze młyna było specjalne pomieszczenie, ze stolikami i krzesełkami, gotowymi szklankami. Tu na tzw. „pięterku” przedstawiciele kilku wiosek opijali swoje interesy, a że w tym czasie nikt prawie z rolników nie jeździł samochodami tylko furmankami zaprzężonymi w konie, to te ostatnie musiały znać drogę do domu swoich gospodarzy. Nikogo nie dziwił wtedy widok konia ciągnącego wóz, na którego koźle nikt nie siedział.
 
 

 

 

 

 

 

Poprawiony (sobota, 18 września 2010 09:50)