Ignacy Paderewski w Kalifornii 1896 - 1939
Pianista * Kompozytor * Mąż Stanu * Orator * Poliglota * Filantrop * Posiadacz Ziemski * Współczesny Nieśmiertelny
Ignacy Paderewski odwiedził Kalifornię po raz pierwszy dopiero w trakcie swojej trzeciej tury koncertowej w Stanach Zjednoczonych. Był już wtedy supergwiazdą, idolem, do którego wzdychały wszystkie damy Ameryki w wieku od lat czterech do lat stu z okładem, bożyszczem wprawiającym cały kraj w stan zbiorowego zauroczenia, określany krótko Paddy-manią.
Ameryka stała się dla niego krainą z bajki – uwielbiał ją, a ona odpłacała mu to uczucie w pełni. Na koncerty przychodziło po kilka tysięcy ludzi, nowojorskie elegantki zamawiały pończochy z zapisem nutowym fragmentów jego Menuetu, dzieciom dawano w prezencie cukierki „Paderewski” oraz zabawki w kształcie pianina z miniaturowym wyobrażeniem Paderewskiego przy klawiaturze. Do mycia rąk używano mydła „Paderewski”, a w środowiskach artystycznych obowiązkowym uczesaniem męskim była fryzura na „Paderewskiego”. Na stacjach, wzdłuż tras przejazdu pociągu, którym podróżował w swoim luksusowym prywatnym wagonie, zbierały się tłumy ciekawskich i wielbicieli aby go wiwatować.
Po “purpurowym” przyjęciu w wielkich miastach atlantyckiego wybrzeża i centralnego USA, klasą dorównujących europejskim metropoliom, w 1896 roku podążył z koncertami do stanu, którego cała ludność stanowiła zaledwie jedną trzecią ówczesnego Nowego Jorku, a San Francisco, największe wtedy miasto w zachodniej Ameryce, było zaledwie połową Warszawy z końca XIX wieku.
Nie sposób odgadnąć jakie wyobrażenie o Kalifornii miał Paderewski gdy na początku lutego 1896 roku przybywał do San Diego. Z pewnością nie znał mocno już wówczas przestarzałej relacji Aleksandra Hołynskiego o utopijnym kraju, w którym profesor łaciny podaje zupę w restauracji, pucybut jest filozofem, a wszyscy są sobie równi, zarabiając krocie. Musiały natomiast do niego docierać publikowane na wschodzie Ameryki fantastyczne historie o krainie, w której po przeminionej już gorączce złota zaczynała się właśnie gorączka ropy naftowej i gdzie marzenia o fortunie przeistaczały się w rzeczywistość w mgnieniu oka.
Jakież musiało być zatem jego zdumienie gdy z maleńkiej stacji kolejowej przyszło mu przejść do sali koncertowej o nazwie Teatru Operowego Fishera prawie kilometr polną drogą, przy której jedyną, wątpliwej natury atrakcją, był niewielki dom gier hazardowych. Jakiej sali, jakiej publiczności, jakiego przyjęcia mógł oczekiwać światowej klasy artysta, przybywający z arcypoważnym koncertem pianistycznym w zwykły, czwartkowy wieczór do zagubionej gdzieś na amerykańsko-meksykańskim pograniczu, mocno podupadłej, kilkunastotysiecznej mieściny, o której lata poźniej powiadał, iż w roku 1896 była „zaledwie wsią”?
Bajeczność Ameryki Paderewskiego, tak jak wszędzie, również w prowincjonalnym San Diego, objawiła się w pełnej krasie gdy Teatr Operowy Fishera okazał się jedną z najlepszych i najnowocześniejszych sal koncertowych w Kalifornii, której 1400 miejsc wypełniła wieczorem prawdziwie elegancka i świetnie znająca się na muzyce publiczność. Większość jej stanowili goście luksusowego, 400-pokojowego hotelu del Coronado, bowiem dla właściwej ludności miasteczka, z wyjątkiem nielicznej elity z kręgów biznesu i polityki, bilety w cenie od trzydziestu do ponad stu dolarow (według dzisiejszego przelicznika) były zupełnie nieosiągalne.
Jest coś wprost surrealistycznego, kłócącego się z logicznym porządkiem rzeczywistości, w zestawieniu Paderewskiego i jego sztuki z obrazem ówczesnego San Diego i całej Kalifornii na przełomie XIX i XX wieku. Z jednej strony była to wówczas kraina najbardziej dynamicznego rozwoju w świecie, przechodząca bolesne przeobrażenie ze stanu gospodarki chaotyczno-rabunkowej w stan wysoce zorganizowanego społeczeństwa, świadomego wielkich wartości tego kawałka ziemi. Z drugiej strony, był to wciąż zapyziały światek małych miasteczek, wielkich farm, słabej sieci marnych dróg, powszechnego analfabetyzmu, prymitywnych warunków sanitarnych, nadużywania whisky i powszechnego rozboju. Jest to wciąż jeszcze czas gdy nastoletnia młodzież kalifornijska najchętniej zabawia się konną galopadą po ulicach miast i strzelaniem do mijanych domów, dorożek oraz lamp ulicznych. Zupełnie groteskowe wydają się być w tym kontekście tłumy ściągające tysiącami na koncerty Paderewskiego, na które bilety rozchodziły się w mgnieniu oka, aby pojawiać się we wtórnej sprzedaży po cenie trzy, cztery razy wyższej, sięgającej nie rzadko wysokości kilkuset dzisiejszych dolarów, a mimo to znajdujące nabywców bez trudu.
Jednym z niewielu koncertów Paderewskiego, na których publiczność nie przepełniła sali, był jego pierwszy recital w Los Angeles, nastepnego dnia po San Diego. Przyczyną takiego stanu rzeczy, jak należy przypuszczać, były warunki finansowe postawione przez artystę, o czym z pewnym jadem donosiła lokalna prasa, imputując mu nawet “brak zdrowego rozsądku”. Tym pierwszym występem, w 75-tysięcznym wówczas Los Angeles, rozkochał wszakże w swojej sztuce i melomanów i krytyków muzycznych raz na zawsze. Odtąd, przez przeszło cztery dziesiątki lat kalifornijska prasa anonsowała go jako “wielkiego”, “światowej sławy”, “lśniącego własnym światłem”, wspaniałego”, “najsłynniejszego w świecie” i “niezrównanego” artystę. Nazywano go “Polskim Lwem”, magiem “rzucającym niezwykły czar na publiczność”, imieniu jego przypisywano “jakiś magnetyzm, którego nieodparte działanie przyciągało tłumy gdziekolwiek duch jego sztuki się nie pojawił”, rozważano “nadnaturalną siłę osobowości”, i opisywano jako “uniwersalnie uwielbianą postać”. Miarą prawdziwej wielkości człowieka jest wszakże moment gdy zaczyna on funkcjonować w świadomości społecznej na zasadzie ikony, jako wartość sama w sobie, ponad treścią swego dzieła. Paderewski stał się taką ikoną już po pierwszych koncertach w Kalifornii i pozostał nią na zawsze. W wielonakładowych gazetach San Francisco i Los Angeles oraz w każdej lokalnej gazecie jak stan Kalifornia długi i szeroki był nieodzownym tematem. Tylko Los Angeles Times poswięcił mu blisko 250 artykułów, a ponad 1500 razy był przedmiotem wszelakiego rodzaju wzmianek, porównań i ogłoszeń reklamowych. Komentowano każdą jego wypowiedź, podpatrywano i analizowano każdy krok w jego życiu do rozmiarów absurdu. Oto, gdy na Boże Narodzenie 1904 roku Paderewski udawał się na kilka dni w odwiedziny do „Ardenu”, posiadłości Heleny Modrzejewskiej w okolicach Anaheim, pewien nadąsany reporter donosił w świątecznym wydaniu gazety ze stacji Los Angeles: „Poranny pociąg linii Santa Fe doznał frustrującego opóźnienia wczorajszego poranka, oczekując w deszczu kilka minut na przybycie pewnych ożywionych i nieożywionych przedmiotów podróżujących spóźnionym pociągiem z San Francisco. Był to jeden z najbardziej irytujących przypadków w historii. Konduktor przeklinał deszcz padający mu za kołnierz, flagowy kurczył się ze strachu przy każdym jego rozkazie, a palacz popuszczał z komina pełen sadzy dym. Oto wielki pociąg do San Diego stał, tracąc czas w oczekiwaniu na dwa absurdalne fortepiany, osiem takichże waliz, rozczochraną kobietę, osobistego sekretarza, trzy służące, wielką zieloną papugę, paczkę chrupków, ser i małego człowieczka z szaloną fryzurą, łagodnymi oczami i o niemożliwym do wymówienia nazwisku Paderewskiski.
...
Pociąg posłusznie oczekiwał aż kawalkada Paderewskiego nadeszła. Pianista szedł dostojnie na przodzie, za nim jego polska żona, wielce podekscytowana z obawy, że mogliby nie zdążyć, a potem niosąca klatkę z papugą, zupełnie roztrzęsiona służąca, za którą podążała następna z papuzimi chrupkami i serem – nieszczęsna dziewczyna źle obliczyła wysokość stopnia pociągu i chrupki z serem, a i ona sama wywaliły się na peron w chwili gdy zabrzmiał gong ostrzegający o odjeździe pociągu lada moment. Sekretarz popędził na pomoc, rozszarpując przy okazji papierową torbę, z której wytoczyły się na peron butelki z wodą sodową i delikatną smietanką z północnych mleczarni. Oboje, służąca i sekretarz, padli na kolana w raptownej próbie pozbierania cennych szczątków jedzenia. Papuga zaczęła rzucać przekleństwa po polsku. Hrabia Bozenta (mąż Modrzejewskiej) gestykulował zamaszyście w zdenerwowaniu i prosił o przytrzymanie powitalnego bukietu kwiatów aby mógł zapalić papierosa dla ukojenia nerwów. Paderewski uśmiechał się i gramolił do pociągu ze wzrokiem utkwionym w oddali. Gdy główny powód atrakcji usadowił się już bezpiecznie w pociągu, konduktor przestał zwracać uwagę na jego grzebiących się podwładnych i dał znak do odjazdu. Papuga wrzeszcząc wniebogłosy patrzyła jak jej delikatesy umykają z widoku. Bagażowy z wysiłkiem i w ostatniej chwili wepchnął na stopnie pociągu sekretarza i służącą, a tak pożądane chrupki i ser zostały na stacji dla miejscowych ptaków.
Paderewski ma teraz włosy nieco krótsze, jego ubranie jest szczyptę bliżej obowiązującej mody, i mówi dużo lepiej po angielsku – tym nie mniej jest to wciąż ten sam Paderewski.”
Pierwsza tura koncertowa Paderewskiego w Kaliforni trwała zaledwie 25 dni, od 6 lutego do 2 marca 1896 roku. Odwiedził wtedy sześć miast, dając ogółem 14 koncertów. Był to tytaniczny program, na jaki zdobyć mógł się wyłącznie człowiek o stalowej kondycji fizycznej, fenomenalnej odporności psychicznej i bezkresnym umiłowaniu tego co robił. Do Kalifornii przybył po odbyciu już 49 koncertów w ciągu trzech miesięcy na trasie liczącej prawie dziesięć tysięcy kilometrów. Z San Antonio w Teksasie, gdzie koncertował 3 lutego, wyruszył nastepnego dnia rano w półtoradniową podróż do stacji Arcade w Los Angeles dokąd dotarł 5 lutego wieczorem. Przenocował w swoim wagonie na bocznicy, po czym rano udał się w drogę do San Diego na wieczorny koncert. W dwa następne wieczory grał w Los Angeles, kolejnego dnia przez 12 godzin telepał się pociągiem do San Francisco by po słabo przespanej nocy i całym dniu przygotowań, dać znów porywający koncert złożony z kilkunastu utworów i wielu bisów dla ukontentowania publiczności. Tak szalony rytm koncertowy Paderewskiego nie miał miejsca nigdzie indziej w świecie oprócz Ameryki i trwał co najmniej przez piętnaście następnych lat, kiedykolwiek tam powracał. W późniejszych latach, szczególnie po powrocie do koncertowania spowodowanej przerwą na działalność polityczną, intensywność jego tur koncertowych nieco zmalała, za to wzrosła jeszcze bardziej ich dostojność.
Jesienią 1913 roku Paderewski przybył do Ameryki aby odbyć swoją dziewiatą turę koncertową w tym kraju. Szaleńcza praca przez wszystkie poprzednie lata doprowadziła w końcu do momentu, w którym nawet tak odporny organizm jakim szczycić mógł się nasz bohater, odmówił dalszej kooperacji. W połowie stycznia 1914 roku musiał na jakiś czas zawiesić koncerty, bowiem jego prawa ręka stała się praktycznie bezwładna. Wtedy to z polecenia przyjaciół w San Francisco wybrał się po raz pierwszy do Paso Robles, małej mieściny w powiecie San Luis Obispo, położonej dokładnie w połowie drogi pomiędzy San Francisco i Los Angeles. Podróż pociągiem, z któregokolwiek z tych miast do Paso Robles nie wymagała więcej niż sześć godzin Paderewski ma teraz włosy nieco krótsze, jego ubranie jest szczyptę bliżej obowiązującej mody, i mówi dużo lepiej po angielsku – tym nie mniej jest to wciąż ten sam Paderewski.”
Pierwsza tura koncertowa Paderewskiego w Kaliforni trwała zaledwie 25 dni, od 6 lutego do 2 marca 1896 roku. Odwiedził wtedy sześć miast, dając ogółem 14 koncertów. Był to tytaniczny program, na jaki zdobyć mógł się wyłącznie człowiek o stalowej kondycji fizycznej, fenomenalnej odporności psychicznej i bezkresnym umiłowaniu tego co robił. Do Kalifornii przybył po odbyciu już 49 koncertów w ciągu trzech miesięcy na trasie liczącej prawie dziesięć tysięcy kilometrów. Z San Antonio w Teksasie, gdzie koncertował 3 lutego, wyruszył nastepnego dnia rano w półtoradniową podróż do stacji Arcade w Los Angeles dokąd dotarł 5 lutego wieczorem. Przenocował w swoim wagonie na bocznicy, po czym rano udał się w drogę do San Diego na wieczorny koncert. W dwa następne wieczory grał w Los Angeles, kolejnego dnia przez 12 godzin telepał się pociągiem do San Francisco by po słabo przespanej nocy i całym dniu przygotowań, dać znów porywający koncert złożony z kilkunastu utworów i wielu bisów dla ukontentowania publiczności. Tak szalony rytm koncertowy Paderewskiego nie miał miejsca nigdzie indziej w świecie oprócz Ameryki i trwał co najmniej przez piętnaście następnych lat, kiedykolwiek tam powracał. W późniejszych latach, szczególnie po powrocie do koncertowania spowodowanej przerwą na działalność polityczną, intensywność jego tur koncertowych nieco zmalała, za to wzrosła jeszcze bardziej ich dostojność.
Jesienią 1913 roku Paderewski przybył do Ameryki aby odbyć swoją dziewiatą turę koncertową w tym kraju. Szaleńcza praca przez wszystkie poprzednie lata doprowadziła w końcu do momentu, w którym nawet tak odporny organizm jakim szczycić mógł się nasz bohater, odmówił dalszej kooperacji. W połowie stycznia 1914 roku musiał na jakiś czas zawiesić koncerty, bowiem jego prawa ręka stała się praktycznie bezwładna. Wtedy to z polecenia przyjaciół w San Francisco wybrał się po raz pierwszy do Paso Robles, małej mieściny w powiecie San Luis Obispo, położonej dokładnie w połowie drogi pomiędzy San Francisco i Los Angeles. Podróż pociągiem, z któregokolwiek z tych miast do Paso Robles nie wymagała więcej niż sześć godzin na niczym, pomimo iż ze wszystkich okolicznych działek pompowano ją w obfitości. Być może dlatego też w swoich Pamiętnikach pisał z cierpkim przekąsem: „Tak, kochałem Paso Robles, zanim je kupiłem i potem także. Okazało się ... jeszcze jedną żyłą złota, taką do której pompuje się złoto, a nie wydobywa nigdy!” Tak, Paderewski rzeczywiście wpompował w ciągu kilkunastu lat około trzech milionow dzisiejszych dolarów w zagospodarowanie swojej posiadłości. Była to suma o wiele wyższa niż uzyskano za jej sprzedaż jakiś czas po jego śmierci.
Paderewski nigdy nie zbudował domu na swoim ranczo. W czasie swoich wielokrotnych pobytów w Paso Robles mieszkał zawsze we wspaniałym wiktorianskim hotelu, który niestety spłonął w grudniu 1940 roku, na kilka dni przed jego planowanym przyjazdem na świąteczny odpoczynek i doglądnięcie posiadłości. Pamięć o Paderewskim przetrwała wszakże w Kalifornii i jest żywa po dzień dzisiejszy. W odbudowanym po pożarze hotelu Paso Robles Inn, jedna z sal bankietowych nosi jego imię. Co jakiś czas, w którejś ze 100 winiarni jakie obecnie istnieją w okolicy miasta, produkuje się okazjonalne wydanie pewnej ilości butelek wina z gron odmiany zinfandel z podpisem „Mieszanka Paderewskiego”. Przez szereg lat, do 2002 roku, wielką popularnością w całej Kalifornii cieszył się coroczny wiosenny Festiwal Paderewskiego w Paso Robles, który po kilkuletniej przerwie, już w bieżącym roku zostanie reaktywowany. W trakcie realizacji jest plan postawienia pomnika Paderewskiego na terenie prestiżowego Uniwersytetu Południowej Kalifornii, który w 1923 nadał mu godność doktora honoris causa w zakresie prawa w uznaniu jego zasług jako humanisty i męża stanu.
W ciągu czterdziestu czterech lat Paderewski wystąpił w Kalifornii publicznie ponad osiemdziesiąt razy, dał niezliczoną ilość prywatnych koncertów w zaprzyjaźnionych domach, grał w Paso Robles i w wielu innych miejscach w ad hoc aranżowanych wystąpieniach z potrzeb altruistycznych i ku radości otoczenia. W czasie owych czterdziestu z okładem lat kiedy odwiedzał Kalifornię, przepoczwarzyła się ona z pustawej i sielskiej krainy, tu i ówdzie dotknietej znamionami cywilizacji, w przemysłowo-artystycznie-handlowo-naukowy kombinat osadzony w otoczeniu nieprawdopodobnie wielorakiej i cudownej natury. Los Angeles z prowincjonalnego, niespełna 100-tysięcznego miatsa wyrosło na półtoramilionową metropolię, światową stolicę kinematografii, która w 1896 roku nawet jeszcze nie istniała. San Diego rozrosło się w 200-tysięczne przepiękne miasto. Berkeley zaczeło przypominać wreszcie bardziej starożytne Ateny niż typowe miasteczko „dzikiego zachodu”, a po San Farncisco pędziły dziesiątki tysięcy samochodów, których zaledwie i literalnie jeden był w całym mieście gdy Paderewski przybył tam z pierwszym koncertem. W trakcie jednego z pobytów w Paso Robles w latach 20-tych, Paderewski został zaaresztowany w okolicach Camarillo za szaleńczą jazdę samochodem z szybkością 60 km/godz., prędkość, która trzydzieści lat wcześniej nie była nawet przedmiotem jakichkolwiek rozważań.
Czterdzieści lat przed pierwszym występem Paderewskiego w Kalifornii, Aleksander Hołynski, polski globtroter i reporter w jednej osobie, pisał o tej krainie, iż “rolnik nie może skarżyć się na tę ziemię, którą artysta ogląda z obojętnością, jeśli nie z niechecią”, oraz, że “natura uczyniła Kalifornię użyteczną, rolą człowieka jest uczynić ją przyjemną”. Nie ma żadnej wątpliwości, że Paderewski przyczynił się istotnie do wypełnienia postulatu Hołynskiego, zapewniając swoim kunsztem artystycznym i charyzmatyczną osobowością najwyższej klasy przyjemność dziesiątkom tysięcy kalifornijczyków. Z sobie tylko właściwą dystynkcją obalił również tezę o niechęci artysty do ziemi.
Tak, Paderewski dawał radość i czynił przyjemnym życie kalifornijczyków. Był prawdziwie dobrym duchem tej krainy, nic zatem dziwnego, że kochali go do łez gdy w 1939 roku grał w Shrine Auditorium dla ośmiotysięcznej publiczności swój pożegnalny koncert w Los Angeles, a potem dla niemal takiej samej liczby słuchaczy w Civic Exposition Auditorium w San Francisco. Potknięcia warsztatowe starego człowieka nie miały najmniejszego znaczenia, bo oto wraz z ostatnim akordem koncertu w San Francisco, na scenę wskoczył jeden z widzów aby w spontanicznym odruchu podzięki ucałować ręce pianisty, a krytyk z San Francisco Chronicle pisał tak: „Wysoka, w surdut ubrana postać o niepewnym kroku ale kolosalnej dostojności, jest daleko więcej niż najsławniejszym pianistą świata. Jest on znacznie więcej niż artystą z prawem do noszenia tytułu Kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, jest kawalerem większej ilości orderów niż można sobie wyobrazić i profesorem większej liczby honorowych dyplomów niż jest sam w stanie zliczyć. On jest nawet więcej niż człowiekiem, który zrobił kilka
fortun aby je rozdać dla dobra innych. On jest przede wszystkim tym, który mając wszelkie pochlebstawa, nagrody pienieżne i poważanie całego świata u swoich stóp, nie zawahał się odsunąć tego na bok , odrzucając profity i bezpieczeństwo jakie mógł sobie łatwo zapewnić, aby poświęcić się w całości sprawom wyłącznie humanitarnym.
Świat ma wiele powodów aby docenić tak rzadki dzisiaj humanizm, szczególnie gdy sukces sprawy, o którą Paderewski walczył jest teraz zagrożony. Zatem jedynym co pozostało do zrobienia, było oddanie mu skromnego honoru poprzez przybycie wczoraj aby wysłuchać jego gry” Gdy zmarł w 1941 roku, Los Angeles Times donosił: “Odejście nieśmiertelnego herosa, Ignacego Paderewskiego, stało się głęboką osobistą stratą dla wielu w Południowej Kalifornii.” Tak, była to wielka strata dla kalifornijczyków i dla całego świata..
Krzysztof Onzol
Los Angeles
Poprawiony (środa, 23 stycznia 2013 15:56)
KOSTECCY
HERBOW
DABROWA; ROGALA I SLEPOW RON
Kosteccy herbu Dąbrowa
Ten dom Kosteckich legitymowali się przed Deputacją Wywodową Guberni Grodzieńskiej. Według dokumentów legitymacyjnych Heroldii Cesarstwa Rosyjskiego, Jan Kostecki, syn Jakuba, a wnuk Daniły, w 1703 roku zapisał część wsi Malewice (parafia Dziadkowice, ziemia bielska, województwo podlaskie), swojej posiadłość dziedzicznej, synowi Wojciechowi. Grzegorz (1740), syn Wojciecha, w 1779 roku sprzedał Malewice Ignacemu Bobrownickiemu za 3000 złp. Źródła notują Mariannę Kostecką (1674), służącą we dworze w Jamiołkach Piotrowiętach, ziemia bielska.
Kosteccy herbu Rogala
Według akt szlacheckiej Deputacji Wywodowej Guberni Kamieniecko-Podolskiej, Piotr Kostecki miał syna Jana, rzekomego cześnika przemyskiego, a ten Marcina, skarbnika nurskiego, także niepotwierdzonego źródłowo urzędnika. Z nich Jan, dziedzic  części Kostek, z Marii Ławickiej vel Słoneckiej, miał synów: Antoniego Wojciecha i Szymona. W 1689 roku w żydaczewskim grodzkim sądzie odbyła się sprawa pomiędzy Marcinem Kosteckim, skarbnikiem nurskim, dziedzicem osady Kostki, a jego małżonką, o posiadanie wszelkiej ruchomości, srebra, mebli, pieniędzy, a także osady Kostki ze wszystkimi przynależnościami.
Kosteccy herbu Ślepowron
Przedstawiciele tego domu Kosteckich legitymowali się w XVIII/XIX wieku przed Deputacją Wywodową Guberni Wileńskiej. Według przekazów ustnych, rodzina wzięła początek z Korony. Andrzej Kostecki, dziad legitymującego się, w czasie zamieszek wojennych dostał się na Litwę, gdzie ożeniwszy się z panną Katarzyną Szwołkun h. Szeliga, spłodził synów.
Wnioski:
Na obecnym etapie badań, trudno stwierdzić skąd wywodziły się ww. rodziny.
Kosteccy h. Dąbrowa, z tym herbem wywiedli się podczas legitymacji szlachectwa ale prawdopodobnie przyjęli go, ażeby uwiarygodnić pochodzenie od znaczniejszej rodziny Kostków h. Dąbrowa. Tego rodzaju praktyki odbywały się w wielu pomniejszych rodzinach szlacheckich, które w ten sposób przydawały sobie splendoru.
Być może, poszczególne rodziny Kosteckich były wspólnego pnia z Kostkami h. Ślepowron ze wsi Kostki położonej w Ziemi Drohickiej.
Przypisy:
1. RCHA w Petersburgu, Sprawa szlachectwa Kosteckich wylegitymowanych w Cesarstwie Rosyjskim i zapisanych do ksiąg szlachty guberni grodzieńskiej, fond 1343, opis 23, dieło 7606.
2. AGAD w Warszawie, sygn. ASK I 70. Bardzo możliwe, że była to szlachcianka, gdyż służbę chłopską rzadko zapisywano w takich rejestrach z imienia i nazwiska.
3. RPHA w Petersburgu, Sprawa szlachectwa Kosteckich wylegitymowanych w Cesarstwie Rosyjskim i zapisanych do ksiąg szlachty guberni podolskiej, fond 1343, opis 23, dieło 7611.
4. Litewskie Państwowe Historyczne Archiwum (LPHA) w Wilnie, sygn. F 391-1-1690, s. 136, Wykaz rodów szlacheckich powiatu wiłkomirskiego z 1795 roku; sygn. F 391-1- 401, Dieło o dworjanskom prishożdienii Kostieckich gierba Sliepowron s izobrażieniem 1820-1844; sygn. F 391-4-1461, s. 1-3, Pokoliennaja rospis roda Kostieckich priznannogo opriedielienijami 24.08.1820 i 30.09.1844. Por. A. Boniecki, op. cit., t. XI, s. 348 i S. Uruski, op. cit., t. VII, s. 313.
5. A. Boniecki, op. cit., t. XI, s. 356, 357 – wymienia Kostków z Kostek na Podlasiu bez podania herbu. Od Kostków mają pochodzić Kostkowie Suchodolscy herbu Ślepowron odm. (Zob. W. Wijuk Kojałowicz, Herbarz rycerstwa W. X. Litewskiego, Kraków 1897, s. 287), wywodzący się z Suchodołu, w ziemi drohickiej i Skibniewscy herbu Ślepowron ze Skibniewa, także położonego w ziemi drohickiej.
material nadeslal Robert Kostecki z Pasleka
Poprawiony (niedziela, 07 października 2012 10:42)
ZAKLECIA MILOSCI
"Spelnienie"
czesc V
Dariusz Kosieradzki

Gdy dwoje ludzi serca
dla siebie otworzy
i ciala swoje zjednoczy
Ich Milosc zbuduje Swiat Nowy
z tworzywa radosci i spelnienia,
formujac Szczescie z elementow
spelnionych Marzen...
Marzenia mozna wcielac w zycie,
ale nie wszystkie i nie na raz,
czasami trzeba zaczekac,
innym razem wyjsc im na przeciw,
nigdy zas nie mozna z nich rezygnowac,
bo wtedy nie beda mogly sie spelnic

Milosc z Toba jest cudowna
i gdy jestem z Toba
chlone kazda czastke Ciebie
zamieniajac ja w czysta energie milosci,
ktora na powrot kieruje ku zrodlu
- ku Tobie Ukochana moja
Kocham Cie!
- dwa slowa, a taka
w sobie potege tworzenia maja,
ze Swiaty Nowe powstaja
Dziekuje Ci za ten dar najwiekszy
i swoim darem odpowiadam:
Kocham Cie!

Pamietam, jak cialo Twoje blyszczalo
w slonecznych promieniach skapane
wzrokiem pozeralem ksztaltow pozadania
konstelacje dwoch gwiazd niebieskich
na blond niebosklonie, ktore ujrzalem
i Miloscia do Ciebie zapalalem...
Chce czuwac nad Twoim snem,
kiedy zasniesz w moich ramionach.
Chce calowac Twoje usta,
by pokazac Ci jak bardzo Cie kocham.
Chce szeptac do ucha kazdej nocy,
o mojej Milosci do Ciebie.
Chce widziec Cie kazdego dnia,
by moc podziwiac to jaka
jestes piekna kobieta.
Chce dotykac Ciebie, by dlonie
moje czuly Twoje cialo.
Chce mowic do Ciebie o tym,
ze nie ma wspanialszej Zony
i nigdy nie bedzie!

Spragniony jestem Ciebie,
spragniony slow Twoich,
spragniony serca Twojego,
Nadzieja wewnatrz poruszony,
w tesknocie do Ciebie zatopiony,
w rozpaczy za Toba pograzony...
do Ukochanej, do mojej Zony wysnionej!
Snic o Tobie, byc przy Tobie,
plany wspolne snuc,
marzenia nasze realizowac,
za reke z Toba przez zycie isc,
ta sama droga, droga prowdzaca
ku Milosci i Przyszlosci.

Pragne Twojej Milosci, bez ktorej
istniec juz nie potrafie.
Pragne Czulosci Twojej, ktora
jest moja, dla mnie radoscia.
Pragne Twojej Obecnosci
bez ktorej - nie ma naszej
Prawdziwej Milosci!
Chce byc Twoja podpora,gdy Ci ciezko,
chce byc Twoja ostoja, gdy tchu czasem brak,
chce byc Twoja pomoca, gdy dlonie omdlewaja,
chce przy Tobie stac, nawet wtedy, gdy
wszyscy na ktorych liczylas odejda.
Kocham Cie!
Gdy mi wybaczasz, gdy kochasz mnie.
Gdy maja chcesz byc, chce mi sie krzyczec,
ze szczescia plakac, ze szczescia wyc...
i znow w sloncu razem, usmiechem
okrywac ten zimny swiat!

Poprawiony (niedziela, 06 stycznia 2013 18:18)
|