niedziela, 20 kwietnia 2014

Aktualności

Kacper Oldakowski i obrona Smolenska 1633

                                  W OBLEZONYM SMOLENSKU 1633
                        


Drewniane przedmiescia Smolenska plonely jak pochodnia rozswietlajac zapadajace wieczorne ciemnosci chcace za wszelka cene otulic mrokiem stojacych na murach zolnierzy. Ci spogladali na ten ognisty spektakl i niejedenemu dreszcz po ciele przebiegl, choc wszyscy potem jak jeden maz twierdzili, ze to od zimnego, przeszywajacego cialo jesiennego wiatru. Ale prawda byla inna, nadchodzila ze wschodu wojenna zawierucha i kazdy z nich zastanawial sie czym sie ona dla skonczy.
 


                                  WROG U BRAM



Wsrod obroncow, na jednej z baszt wsrod tlumu zolnierzy i gapiow widac bylo sylwetke szlachcica Kacpra Oldakowskiego otulonego szczelnie w cieply podbity sobolim futrem plaszcz, ktory zostawil na pastwe wkraczajacego wroga dwor i cale gospodarstwo, a niechybnie zostanie ograbione i zniszczone. Co do tego jednego nie mial ow watpliwosci. Pocieszal sie w myslach, ze ta niedola jest przejsciowa, ze odepra wroga a kiedy nadejdzie pokoj krol wynagrodzi sowicie najmezniejszych, a dobra sie odbuduje i beda jeszcze piekniejsze niz byly wczesniej.

Co bystrzejsi z widzow dostrzegli wsrod pozogi sylwetki jakichs jezdzcow, ktorzy rozbiegli sie posrod polonacych chalup gromadami, to byly pierwsze podjazdy moskiewskie swiadczace o tym, ze armia carska jest coraz blizej Smolenska. Ktos nie wytrzymal i wypalil z muszkietu do niesotroznie podchodzacych rabusiow. Podwojewodzi pulkownik Samuel Drucki - Sokolinski zastepujacy nieobecnego wojewode Gosiewskiego, krzyknal na strzelajacego, by prochu nie marnowal, ten zawstydzony pochylil glowe, tlum zaczal na murach rzednac, zostawali tylko wyznaczeni na warty. Nadchodzila chlodna noc listopadowa 1632 roku i kazdy kto mogl chronil sie do domostw przed zimnem, by przy palenisku ogrzac zmarzniete czlonki i skorzstac z mozliwosci bezpiecznego snu w poteznych obwalowaniach twierdzy Smolenskiej. Wrog pojawil sie w calej swojej mocy u bram kilkanascie dni pozniej tj. 18 listopada 1632 roku.

Historia zdawala sie zataczac kolo, a raczej swoj wojenny walec, gdyz wielu z jej obroncow mialo przed oczami nie tak znowu odlegla przeszlosc, wsrod nich i szlachcic Oldakowski, nie bez powodu martwiacy sie o swoja przyszlosc, minie i gardlo. Dwadziescia lat temu w nocy z 12 na 13 czerwca 1611 roku ten sam Szein, ktory teraz prowadzil rosyjskie hordy kapitulowal z oddzialami moskiewskimi przed armia polska po trwajacym 21 miesiecy oblezeniu. Czyzby czekalo ich teraz to samo? Wielu zadawalo sobie to pytanie nie potrafiac dac jednoznacznej odpowiedzi, groze najazdu potegowalo jeszcze bezkrolewie po smierci krola Zygmunta III Wazy i niemoc Rzeczypospolitej. Jednak nadzieja zdawala sie podobnie jak opatrznosc Boska czuwac nad obroncami Smolenska, gdyz po Zygmuncie na tron mial wstapic nie mniejszy wojownik od niego, syn jego pierworodny Wladyslaw IV a ich hetmanowie nie proznowali.


Z kart historii wiemy, ze Smolensk zostal zdobyty na Rosjanach przez wojska wielkiego ksiecia Litwy Witolda i posilkujacych go Polakow w 1404 roku, a wladztwo litewskie siegalo wtedy nieomal pod sama Moskwe. Trwalo tak ponad sto lat, az do czasow cara Wasyla III , ktoremu raczej bardziej w wyniku zdrady hospodara Michala Glinskiego udalo sie odbic twierdze i zmusic do poddania dowodzacego tu z ramienia Rzeczypospolitej Jerzego Sollohuba 31 lipca 1514 roku. Pozniej podejmowane dzialania wojenne przez Polakow i Litwinow nie przyniosly rezultatu i dopiero okres "wielkiej smuty", wyprawy zwane "dymitriadami" doprowadzily do jego odzyskania w 1611 roku, o czym bylo wyzej.



                               OLDAKOWSCY NA KRESACH



Co sie tyczy bytnosci Oldakowskich Wiemy ze pojawili sie na kresach jak to dzis nazywamy Rzeczypospolitej zapewne w stuleciu XVI, konkretne slady o ich obecnosci w tamtych rejonach kraju zachowaly sie w dokumentach kilkadziesiat lat pozniejszych. Stad wiemy np. o podczaszy nowogrodzkim (Nowogrodek na Bialorusi) Stanislawie Oldakowskim, rotmistrzu, posesjonacie rowniez w odleglym wojewodztwie braclawskim, ktory uczestniczyl w elekcji Jana Kazimierza Wazy brata Wladyslawa IV, a syna Zygmunta III. Ciekawa postacia wydaje sie tez byc nieznany z imienia pulkownik wojsk koronnych Oldakowski, ktory nie chcial przystac do rokoszu i podpisac konfederacji wojskowej w 1662 roku za co zostal zabity przez zbuntowanych i domagajacych sie zaleglego zoldu zolnierzy. Wzmiankuje ich Seweryn Uruski w swoim "Herbarzu Szlachty Polskiej". Z kolei "Encyklopedia Szlachecka..." i inne zrodla wzmiankuja ich obecnosc w ziemi chelmskiej, przemyskiej i na Wolyniu, oraz co nas najbardziej interesuje w ziemi witebskiej lezacej niedaleko Smolenska.

Wydaje sie, ze na tym ostatnim terenie tj. ziemi witebskiej jak tez w okolicach Smolenska Oldakowscy osiedli i wyodrebnili sie jako osobna linia rodowa przybywajac z terenow ziemi nowogrodzkiej. Po 1610 roku jeden z nich, niestety imienia jego rowniez nie znamy otrzymal jak wynika posrenio z zapiskow archiwalnych nadanie krolewskie opodal Smolenska. Najprawdopodobniej w zamian za udzial w walkach prowadzonych przez Rzeczypospolita z Moskwa (Dymitriady), moze nawet bral aktywny udzial w oblezeniu Smolenska, ktory skapitulowal przed wojskami polskimi 13 czerwca 1611 roku. Jako posesjonat i szlachcic ziemi smolenskiej pojawia sie w dokumentach na poczatku 1633 roku. Posiada tez dom w samym Smolensku, gdzie utrzymywal gospodarza i czeladnika, pewnie obaj z rodzinami. Tu rowniez byl szlachcic Oldakowski, (najprawdopodobniej mial on na imie Kacper) zobowiazany stawiac sie sam lub w zastepstwie, kiedy zwolywano pospolite ruszenie.

Obowiazek pospolitego ruszenia w tym rejonie Rzeczpospolitej byl szczegolnie surowo egzekwowany pociagal za soba szereg dosc uciazliwych powinnosci, ale i sprawnosc bojowa sluzacej tu szlachty byla znacznie wyzsza niz w centralnych rejonach kraju nie wspominajac juz uzbrojenia jakie winien wedlug wymogow posiadac taki szlachcic. Zapewne nadanie krolewskie dla Oldakowskiego nie odbiegalo od szeregu innych w owym czasie, wiec otrzymal on dobra ziemskie w ktorym z "ujezdow", musialy byc w miare spore skoro Oldakowski mogl sobie pozwolic na utrzymywanie nie jedego ale dwoch ludzi z muszkietami i innym orezem odpowiednim dla piechoty a w samym Smolensku, zbudowac tu lub odremontowac dom, gdzie musial posiadac zapasy zywnosci minimum na pol roku. Sam szlachcic Oldakowski mial obowiazek stawic sie zbrojnie, konno dla obrony najblizszego "zamku" w tym przypadku twierdzy w Smolensku i w razie napasci wraz ze swoimi ludzmi bronic wyznaczonego odcinka umocnien. Corocznie tez zwolywano pospolitakow z tych ziem na obowiazkowe cwiczenia wojskowe w celu podniesienia ich sprawnosci bojowej.



                             TEATR DZIALAN WOJENNYCH



W historii wojny o Smolensk 1632-34 czytamy o tym obszarze i tutejszych warunkach administracyjnych, politycznych i wojskowych:

"Województwo smoleńskie, wkrótce po jego odzyskaniu w 1611 roku, podzielono na dwa powiaty: smoleński i starodubowski. Powiaty podzielone zostały na ujezdy, które były moskiewskimi jednostkami wojskowo-administracyjnymi, pozostawionymi na Smoleńszczyźnie, Siewierszczyźnie i Czernichowszczyźnie, co odróżniało te obszary od reszty Rzeczypospolitej. Do powiatu smoleńskiego należały ujezdy: rosławski, dorohobuski, bielski, sierpiejski i newelski, natomiast do powiatu starodubowskiego należały ujezdy: starodubowski, poczepowski i trubecki. W każdym ujeździe główny ośrodek był twierdzą składającą się z obwarowanego miasta i zamku. Garnizonem broniącym miasta i zamku, zgodnie z konstytucją sejmową z 1613 roku, dowodził stale rezydujący na miejscu oficer w randze rotmistrza lub kapitana. Garnizony na smoleńszczyźnie, oprócz Smoleńska, nie miały wojsk zaciężnych i składały się tylko z Kozaków. W skład smoleńskiego garnizonu okresu pokoju wchodziła rota piechoty wojewodzińskiej i husaria królewicza Władysława, co razem z Kozakami dawało siłę liczącą 500-600 żołnierzy. Służący w garnizonach Kozacy nie dostawali żołdu, zamiast którego trzymali grunty pod miastami zwolnione od wszelkich podatków. Podlegali jedynie jurysdykcji wojewodów, starostów lub dowódców garnizonu. Obok konstytucji z 1613 roku sejm, zdając sobie sprawę ze znaczenia tych ziem, uchwalił konstytucje dotyczące systemu obronnego w 1620, 1629 i 1631 roku. Z braku dostatecznej ilości środków finansowych nie zostały one jednak dostatecznie zrealizowane.

W razie wojny hetmani zaciągali żołnierzy i kierowali ich do podległych sobie twierdz. Ponieważ od wystawienia listów przypowiednich do wystawienia zaciężnej roty mija dużo czasu, a sami Kozacy są zbyt słabą siłą w przypadku dłuższego oblężenia, obrona zamków Smoleńszczyzny, Czernihowszczyzny i Siewierszczyzny wzmocniona została przez pospolite ruszenie, gdzie obywatele każdego z ujezdów mieli obowiązek stawiać się w murach odpowiednich twierdz. W odróżnieniu od reszty Rzeczypospolitej obowiązek pospolitego ruszenia obejmował całą szlachtę bez względu na posiadany majątek. Jeśli szlachcic służył już w wojsku zaciężnym musiał posyłać zastępcę. Pospolite ruszenie tych ziem powiększane było dodatkowo o tych mieszczan, którzy posiadali nadania ziemskie. Za niestawienie się na pospolite ruszenie groziła konfiskata dóbr (po wojnie skonfiskowano z tego powodu dobra 13 osób). Pospolite ruszenie tych obszarów miało wyższą wartość bojową, gdyż na ogół ziemię nadawano tu byłym żołnierzom. Mieszczan angażowano do obrony dopiero wtedy, gdy dochodziło do bezpośredniej walki z oblegającym miasto nieprzyjacielem".



Na poczatku 1633 roku, kiedy dokonano przegladu pospolitego ruszenia ziemi smolenskiej, juz podczas trwania oblezenia nasz Oldakowski znajdowal sie w miescie wraz z dwoma swoimi ludzmi, ktorych utrzymywal na swoj koszt i ktorzy rowniez byli zobowiazani do obrony tej twierdzy podobnie jak ich pan. W spisie opracowanym przez Jana Brodackiego pt. "Choragiew Ziemska Smolenska, wykaz pocztow z 5 stycznia 1633 roku" widnieje pod numerem kolejnym archiwalnego rejestru 126, widnieje zapis odnoszacy sie do Oldakowskiego z ktorego wiemy, ze stawil sie wtedy osobiscie wraz z pocztem dwoch ludzi (gospodarza i czeladnika), jest tez notatka, byl potem w sluzbie wojskowej jeszcze dwa kwartaly ("dwie cwierci"). Zwazywszy na fakt, ze chwili dokonania spisu odnotowani od pazdziernika znajdowali sie w polrodznej sluzbie wychodzi na to iz Oldakowski przebywal w wojsku az do 1634 roku. Oldakowski by jednym z ponad czterystu szlachty pospolitego ruszenia ziemi smolenskiej ktora przybyla na wezwanie do obrony miasta przed rosyjskim najazdem. Co ciekawe nasz Oldakowski jak swiadcza to nazwiska szlachcicow z smolenskiego pospolitego ruszenia nie byl tu jedynym, ktory posiadal korzenie mazowiecko - podlaskie, niechybnie do takich osob nalezy zaliczyc Modzelewskiego, Zarembe, Niecieckiego oraz Wojewodzkich. Ci ostatni reprezentowani byli w osobach i to pelniacych wazne funkcje i urzedy: Jakub Piotr Wojewodzki porucznik roty husarskiej, jeden z glownych zastepcow wojewody, kierujacy obrona, oraz pulkownik Jan Wojewodzki sedzia wojskowy na Smolensku.

Wsrod zacniejszych obywateli, ktorzy znajdowali sie w oblezonej twierdzy Smolensk byly takie znakomite postacie jak cala plejada pulkownikow i rotmistrzow: Zachariasz Zienowicz, Krzysztof Bieniecki,Andrzej Anforowicz, Waclaw Denisowicz, Wojciech Kisrzewski, Jan Kunowski, Tymofiej Mikulin, Wolter Rozen, Maciej Stryzewski, Jan Szeputowski, oraz generalowie Jan Zbrucki, Paszkiewicz i Obrembski. Oprocz nich w miesice przebywali: Samuel Ziemowicz chorazy mscislawski, Adam Zaremba mierniczy, Jan Jezierski podsedek ziemski, Mikolaj Woroniec pisarz ziemski smolenski, Jakub Wolnar budowniczy smolenski (inzynier)Aleksander Reut stolnik smolenski, Puciata instygator, Jan Pasek sedzia grodzki, Piotr Parczewski administrator biskupa smolenskiego, Piotr Morowinski podstoli smolenski, Andrzej Mankowski sedzia wojskowy, chorazy, Marcin Gosiewski wojski smolenski, Mikolaj Gosiewski podkomorzy smolenski, Krzysztof Falmirz landwojt smolenski, Krzsztof Ejdziatowicz pisarz grodzkii Krzysztof Biedrycki komornik krolewski. Pozostali ktorzy winni stawic sie na pospolite ruszenie sluzyli w innych oddzialach tj krolewskich i hetmanskich, wystawiac za siebie zastepstwo lub z powodu uczestnictwie w dzialaniach wojennych byli nie obecni.


                                           
TWIERDZA NIE  DO ZDOBYCIA?



Na czele calosci wojsk na Smolenszczyznie stal od 1629 roku wojewoda smolenski Aleksander Korwin Gosiewski, ktory zaraz po objeciu urzedu rozpoczol przgotowania do wojny gromadzac zapasy zywnosci i amunicji, naprawiajac i fortyfikujac okoliczne punkty oporu. przez trzy lata zrobil jak na mozliwosci finansowe kraju wiele dla podniesienia obronnosci tego rejonu, jak sie okazalo nie bylo to wystarczajace bo skala konfliktu zbrojnego byla ogromna. Jednak sam Smolensk zostal przygotowany nalezycie. A burza nadchodzila wielkimi krokami, nadciagala zima 1633 roku. Oblezony Smolensk dysponujac stukilkudziesiecioma dzialami i 2.200 zolnierzami czekal na atak nieprzyjaciela.


Wiemy z zachowanych dokumentow, ze: "Twierdza smoleńska z carskiego rozkazu została przebudowana w latach 1598-1609 – wcześniejsze wały drewniano-ziemne zastąpiono murem długości 6500 metrów, wysokości 10-15 metrów i grubości 5-6 metrów. Od wewnątrz, czyli od strony miasta, mury zostały wsparte konstrukcjami w formie arkad – w co drugiej arkadzie umieszczony został otwór strzelniczy, na przemian w dolnej i górnej części muru. W ten sposób powstały dwa rzędy otworów o średnicy 18-20 centymetrów. Mury zwieńczone zostały blankami wysokości 250 centymetrów, przy czym co druga miała otwór strzelniczy. Przed ewentualnymi pracami minerskimi chronić miał dwumetrowy kamienny cokół oraz głębokie na 4 metry i grube na 6,5 metra fundamenty. Na murach co 150-300 metrów umieszczone zostały baszty umożliwiające prowadzenie bocznego ognia przeciwko szturmującym twierdzę wojskom. Miały one 21 metrów wysokości (tylko baszta nad Dnieprem miała 33 metry). Górna część baszt była w formie tzw. mahikułów, czyli była wysunięta ponad dolną część, dzięki czemu możliwy był ostrzał podnóża baszty (przez odpowiednio umieszczone otwory).
Fortyfikacje twierdzy smoleńskiej zostały niedawno naprawione i unowocześnione przez wojewodę smoleńskiego Aleksandra Gosiewskiego. Do dawnych umocnień dobudowano potężną pięciobastionową fortyfikację nazwaną „fortalicją zygmuntowską”, a od południowej strony, która była najbardziej dostępna dla nieprzyjaciela, usypano wysoki wał wzmocniony palisadą. Twierdza była bardzo dobrze zaopatrzona w żywność, jednak poważnym problemem była niedostateczna ilość prochu i amunicji. Na szczęście dla obrońców Szein postanowił nie szturmować twierdzy przed końcem zimy, czekając na przybycie artylerii oblężniczej".


O przgotowaniach poczynionych w przeddzien wojny z Moskwa przez strone polska przeczytac mozemy w opracowaniach historycznych:
"Do października 1632 hetman polny Krzysztof Radziwiłł zaciągnął 2000 żołnierzy, a hetman wielki Lew Sapieha – 2500 żołnierzy. Do 10 pogranicznych zamków skierowano wojska zaciężne w sile 1340 żołnierzy (1160 piechoty i 180 jazdy). Dorohobuż (dowódca Jerzy Łuskina) otrzymał 200 piechoty i 100 jazdy, Biała (dowódca Filip Bucholtz) otrzymała 100 piechoty, Dyneburg (dowódca Seweryn Jezierzyński) otrzymał 100 piechoty, Newel (dowódca Piotr Mrowiński) otrzymał 60 piechoty, Uświat otrzymał 60 piechoty i 60 jazdy, Wieliż otrzymał 120 piechoty, Połock (dowódca Lisowski) otrzymał 200 piechoty, Starodub (dowódca Maskiewicz) otrzymał 100 piechoty, Witebsk (dowódca Ruszczyc) otrzymał 200 piechoty oraz Homel otrzymał 40 piechoty. Oczywiście załoga nie składała się tylko z żołnierzy zaciężnych – byli tam jeszcze miejscowi Kozacy, pospolite ruszenie, a w razie oblężenia powoływano też mieszczan. Zdecydowanie najsilniejszą załogą dysponował Smoleńsk, który miał pod bronią 2212 ludzi. W skład załogi wchodziło 1447 żołnierzy zaciężnych, w tym 884 piechoty (700 polskiej i 184 niemieckiej), 531 jazdy (w tym 250 husarii) i 32 puszkarzy. Załogę uzupełniało 279 kozaków służebnych, 3 strażników murów oraz 443 ludzi z pospolitego ruszenia".


                             POCZATEK OBLEZENIA



W chwili, kiedy szlachcic Kacper Oldakowski znajdowal sie w Smolensku co potwierza spis pospolitego ruszenia z 5 stycznia 1633 roku wojewoda smolenski Aleksander Gosiewski pozostawil zaloge pod dowodztwem Samuela Sokolinskiego, a sam ruszyl do Orszy by polaczyc sie z silami Krzysztofa Radziwilla i prosic o posilki dla oblezonego miasta. Sily hetmanskie wzrosly wtedy do ponad 4 tys. zolnierzy i pod koniec stycznia zaczely akcje zaczepne, glownie dywersyjne przeciwko armi rosyjskiej i jej podjazdom, zbierajac informacje o nich na potrzeby majacej nadciagnac krolewskiej odsieczy. O czym naocznie przekonali sie obroncy, kiedy pod mury dotarla by zademonstrowac swoja obecnosc choragiew litewskich petyhorcow Jana Owerkowicza. Na poczatku marca 1633 roku przedarla sie zasilajac broniacych sie tu Polakow pomoc dla Smolenska dowodzona przez pulkownika Jerzego Jurzyca. Przez most znajdujacy sie w rekach Smolenszczan przeprawiono bezpiecznie zolnierzy w liczbie 300 i zaopatrzenie (2 III), co znacznie poprawilo nastroje wsrod obroncow. Niestety takze na poczatku marca dotarly wreszcie pod umocnienia twierdzy ciezkie dziala rosyjskie i zaczely dotkliwy ostrzal. Oprocz tego pod Smolenskiem stalo lacznie ponad 25 tys. zolnierzy carskich w tym prawie calosc sil tj. pulkow piechoty przeszkolonych na sposob zachodnioeuropejski. Na calym froncie ciagnacym sie wzdluz wschodniej granicy to oni bali teraz gora. Wojska rosyjskie dtylko do stycznia 1633 roku zdobyli 24 zamki i miasta, przy czym większość skapitulowała po krótkiej blokadzie.


Nadszedl dzien 26 marca 1633 roku, po wczesniejszej kanonadzie moskiewskiej artylerii i nieustannym czuwaniu na walach zolnierze polscy odpoczywali, gdzie kto mogl, korzystajac z chwili spokoju. Kiedy cisze przerwaly nagle strzaly, krzyki i zamieszanie jakie wszczelo sie po drugiej stronie Dniepru pilnowanej przez oddzialy carskie. Zolnierze wsrod nich Oldakowski kupa rzucili sie ku murom, by sprawdzic co sie dzieje, czy aby to nie przyczynek do nadchodzacego szturmu na miasto. Jakaz byla ich radosc kiedy dostrzegli najpierw szarzujace konnne choragwie wojskiego mscislawskiego Jakuba Madalinskiego, a nastepnie maszerujacych 600 piechurow i niewielki tabor z zapasami. Sily te po raz drugi juz w tym miesiacu dostaly sie na most smolenski i bezpiecznie weszly do miasta zasilajac wydatnio obroncow w nowych zolnierzy i sprzet, glownie amunicje i proch. Po tym fakcie Rosjanie w kwietniu rozpoczeli budowe fortow i umocnien blokujacych twierdze z tej strony szczelnym kordonem i juz na poczatku czerwca calkowicie odciely Smolensk od dostaw. Wzmozono tez ostrzal artyleryjski i bywaly dni ze na obroncow spadalo do szesciuset pociskow dziennie i nie bylo w miesice bezpiecznego miejsca przed nimi. Obroncy spodziewali sie najgorszego majac jeszcze w pamieci jak w poczatkach kwietnia Rosjanie przeprowadzili nieudany podkop minerski w wyniku czego na skutek poteznej eksplozji zawalila sie czesc murow i baszta. Tylko dzieki usypaniem za wylomem dodatkowego walu i umocnien odparto wtedy zmasowany atak nieprzyjaciela. Teraz mieli naprzeciwko siebie juz ponad 30 tys. moskiewskich soldatow uzbrojonych w blisko 160 dzial, w tym najciezsza artylerie. W najblizszych dniach nalezalo sie spodziewac generalnego szturmu na Smolensk, ale i zaloga Smolenska dysponowala teraz ponad 3 tys. zolnierzy skladajacych sie na zaloge tego garnizonu. Mimo tego dysproporcje sil byly znaczne 10 do 1.



                                      PROBA SIL



Mimo znacznych dysproporcji sil obroncy nie pozostawali bierni. Wiemy ze urzadzali wycieczki poza mury nekajac niespodziewanymi atakami oblegajacych. Wykorzystywano kilkakrotnie do tego celu tajna furte znajdujaca sie przy bramie Abramowskiej, ktoredy oddzialy ochotnikow przedostawaly sie na teren kontrolowany przez nieprzyjaciela zadajac mu straty i wprowadzajac w szergi wroga zamieszanie i chaos.

Do generalnego szturmu Rosjan na twierdze Smolenska doszlo 20 czerwca 1633 roku, dzieki podkopowi minerskiemu wysadzono czesc muru tj. baszte przy bramie Malachowskiej, ale stojace zbyt blisko wojska carskie w wyniku poteznej eksplozji poniosly dotkliwe straty co spowodowalo panike w ich szeregach. Mimo tego Polacy musieli odeprzec zmasowany atak majac wielu zabitych i rannych. Obroncy odpowiedzieli na to dwoma udanymi wycieczkami zbrojnymi poza mury w dniach 28 i 29 czerwca. Nadchodzilo polskie lato a wraz z nim nadzieja wstepowala w serca wszystkich. Zmobilizowana latem 1933 roku przez krola Wladyslawa IV armia majaca isc na odsiec Smolenskowi liczyła juz około 22 tys. żołnierzy w tym ogromna jak na dotychczasowe polskie zaciagi piechota cudzoziemskiego autorymentu i polska, pozyskano tez kilanascie tysiecy Kozakow Zaporskich, ale o tym obroncy twierdzy jeszcze nie wiedzieli. Dopiero 30 sierpnia ciagnacy wolno z wojskiem krol polaczyl sie z silami hetmana Radziwilla i w poczatkach wrzesnia pojawil sie pod Smolenskiem rozlokowujac sily w zalozonym kilka dni wczesniej obozie wrownym nad brzegiem Dniepru.
Armia carska tez nie proznowala. Jak czytamy w opracowaniach historycznych: "Inżynierowie rosyjscy w lipcu przystąpili do dalszych prac minerskich przeciwko kolejnej baszcie. Ciągły ostrzał artyleryjski sprawił, że Rosjanie 16 lipca 1633 roku doprowadzili do zawalenia się od strony południowej murów znacznej części twierdzy. Obrońcy usypali za wyłomem wał ziemny i 17 lipca odparli szturm. Napływające wieści o zbliżającej się odsieczy królewskiej coraz mocniej niepokoiły Rosjan, toteż zaczęło wyciekać coraz więcej żołnierzy z armii Szeina".

Do powazniejszych walk odsieczy z oblegajacymi doszlo 7 wrzesnia 1633 roku rano. Armia krolewska uderzyla na blokujace miasto oddzialy rosyjskie pod dowodztwem pulkownika Matissona ufortyfikowane na wzgorzu. Na wiesc o tym ataku napredce sformowana z ochotnikow smolenskich partia ktora poprowadzil wojewodzi Jakub Wojewodzki uderzyla na Rosjan blokujacych polski most na Dnieprze. Dzieki temu Polakom udalo sie wprowdzic do twierdzy 1200 zolnierzy pod Henrykiem Denhoffem, a Wojewodzkiemu udalo sie spotkac z krolem. Ten niebywaly sukces sklonil obleganych do ponownego ataku i kontaktu z wojskami krolewskimi, niestety oddzialy moskiewskie byly juz ponownie na stanowiskach a sam Wojewodzki zostal smiertelnie ranny i kilkanascie dni pozniej zmarl. W miescie zapanowala radosc, gdyz po 10 miesiacach, koniec oblezenia wydawal sie byc bliski.

Nie ulega watpliwosci, ze wsrod ochotnikow nalezacych do zalogi Smolenska ktorzy kilkakrotnie wyprawiali sie za mury miejskie atakujac, nie moglo zabraknac i naszego szlachcica Kacpra Oldakowskiego, byc moze znajdowal sie rowniez w oddziale sformowanym przez Jakuba Wojewodzkiego. Niestety z braku zrodel nie jestesmy w stanie stwierdzic tego napewno.



                                 KONIEC BLOKADY




Minelo niespelna dwa tygodnie, a 21 wrzesnia 1633 roku czesc zalogi smolenska znow wziela aktywny udzial w walkach toczacych sie pod obwarowaniami swojej twierdzy. Dzialania zbrojne toczyly sie wowczas ze zmiennym szczesciem dla armii krolewskiej ale widac juz bylo, ze zaczyna ona brac gore nad Rosjanami, zwlaszcza po 17 wrzesnia kiedy nadciagnelo na pomoc kilkanascie tysiecy kozakow zaporskich. Na skutek natarcia pulkow krolewicza Jana Kazimierza i uderzenia obroncow miasta doszlo do trwalego zdobycia szancow nieprzyjacielskich blokujacych dotychczas most polski prowdzacy do Smolenska. Tym sposobem blokada zostala przerwana, gdyz Rosjanom nie udalo sie juz odzyskac tego waznego strategicznie przczolka.

Trzy dni pozniej 24 wrzesnia 1633 roku nie tylko nasz szlachcic Kacper Oldakowski ale i wszyscy mieszkancy Smolenska obserwowali ta wazna historycznie chwile. Lodzia przez Dniepr wraz z krolewiczem Janem Kazimierzem przeprawil sie na drugi brzeg rzeki sam krol Wladyslaw IV witany owacyjnie przez Smolenszczan. Nadmienic tu trzeba, ze w ramach bezpieczenstwa zdecydowano sie na lodz, gdyz most nadal pozostawal pod obstrzalem dalekonosnej artylerii moskiewskiej. Krol odebral w Smolensku z rak wojewody Gosiewskiego, delegacji mieszczan i garnizonu, a wszyscy podobno mieli wtedy lzy szczescia w oczach, klucze do miasta. Radosnie bily dzwony w kosciolach Jeziutow, Dominikanow i Bernardynow. Tak oficjalnie zakonczylo sie oblezenie, choc walki pod Smolenskiem trwaly nadal. W ich wyniku 3 pazdziernika 1633 roku glownodowodzacy rosyjski Szein zwinal oblezenie i zamknal sie w swoim glownym obozie wrownym kilka kilometrow na wschod od miasta. Jego kleska zwazywszy na to ze oblegajacy sam zostal oblezony wydawala sie tylko kwestja czasu i tak tez sie stalo.




                                       EPILOG



Zrodla mowia o tym : "25 lutego 1634 roku nastąpiła kapitulacja armii rosyjskiej. Nowy król Polski okazał się świetnym wodzem, śledzącym rozwój sztuki wojennej i umiejętnie stosującym nowatorską wówczas taktykę manewrów stosowaną przez wojska szwedzkie pod dowództwem Gustawa Adolfa.
Po kapitulacji armii Szeina Władysław IV podzielił swą armię na trzy części i ruszył w głąb Rosji. Przodem poszły lotne oddziały jazdy polskiej, które dotarły pod Moskwę siejąc zniszczenie i przerażenie. Główne siły Rzeczypospolitej obległy 22 marca twierdzę Biała, której załogę stanowiło 1000 żołnierzy dowodzonych przez księcia Fiodora Wołkońskiego. Przez 7 tygodni garnizon rosyjski bronił się dzielnie, odpierając wszystkie polskie ataki. Z powodu przedłużającej się zimy wciąż trwały silne mrozy i padał śnieg, co było przyczyną wielu udręk i chorób wśród polskich żołnierzy, przetrzebiając znacznie siły wojsk Władysława IV.
Władysław IV początkowo sądził, że zdobędzie Moskwę i osadzi na tronie swego brata Jana Kazimierza, by potem wspólnie z Rosją uderzyć na Szwecję i odzyskać tamtejszy tron. Piętrzące się trudności znacznie osłabiły optymizm króla – armia rosyjska walczyła nadspodziewanie dobrze, a jej wysokie wyszkolenie, wyposażenie techniczne oraz fortyfikacje zaimponowały Władysławowi IV. Ponieważ zbliżał się koniec rozejmu ze Szwecją, a na południu groziła wojna ze sprzymierzoną z Rosjanami Turcją, polski monarcha zdecydował się na rokowania. W tym celu do Moskwy wysłano Mikołaja Woronicza – Rosjanie chętnie przystali na złożoną przez polskiego posła propozycję rozmów pokojowych".


A co dzialo sie w tym czasie z naszym szlachcicem Oldakowskim, obronca Smolenska? Wiemy napewno, ze pozostawal w sluzbie wojskowej jeszcze dwa kwartaly, tj. kolejne pol roku i wyszedl z niej najpozniej na poczatku 1634. Jak tym, ktorym udalo sie przezyc z blisko 500 zmoblilizowanych na pospolite ruszenie zima 1632/33 ziemi smolenskiej szlachty,  wrocil na swoje zniszczone wojna wlosci by zajac sie odbudowa i doprowadzeniem majatku do porzadku. Szczuplosc zrodel nie pozwala nam przedstawic sylwetki Oldakowskiego w nalezyty sposob, wiele w naszej opowiesci hipotez, gdyban i fantazji, ale opartych na owczesnych realiach i znananej powszechnie a nie zafalszowanej historii, wiec niech ta proba bedzie poczatkiem a nie koncem poszukiwan naszego prawdziwego szlachcica Oldakowskiego - obroncy Smolenska 1633 roku.

                                   opr. ADAM OLDAKOWSKI
                                  DARIUSZ KOSIERADZKI







 





Poprawiony (sobota, 02 lutego 2013 19:21)

 

Wspomnienia - Stanislaw Lukasiuk

         Stanisław Łukasiuk
                             
Migawki Wspomnień

Wstęp


     
Swoją opowieść o przeżyciach z moich lat od narodzin aż do chwili obecnej powierzam mym wnukom Pawłowi i Bartkowi, a szczególnie Bartkowi, który mnie w wielu rozmowach kilkakrotnie prosił o podanie faktów z osiemdziesięciu czterech lat mojego życia.
     Nadmieniam, że będę kierował się prawdą, którą zapamiętałem, podając wiele przykładów. Obecna pamięć moja jest słaba, ale z młodych jeszcze lat pamiętam wiele spraw z okresu samej okupacji, Polski Ludowej, całej służby wojskowej, i wiele wierszyków, które przypominają tamte czasy:

Kto ty jesteś?        Polak mały.
Jaki znak twój?   Orzeł biały.
Gdzie ty mieszkasz?    Między swymi.
W jakim kraju?      Polskiej ziemi.
Czym ta ziemia?     Mą ojczyzną.
Czym zdobyta?       Krwią i blizną.
Czy ją kochasz?     Kocham szczerze.
A w co wierzysz?     W Boga i w Polskę wierzę.
Cóż ty dla niej?   Wdzięczne dziecię.
Coś jej winien?    Oddać życie.


     Ja, Stanisław Łukasiuk, urodziłem się w 1928 roku na Podlasiu we wsi Borychów, powiat Sokołów Podlaski. Rodzice moi to Jan i Paulina, a panieńskie nazwisko mamy brzmi Milik. Mama pochodziła z miejscowości Krzemień nad Bugiem. Rodzice posiadali średnie gospodarstwo rolne, na którym pracowali. Rodzeństwo moje było liczne, z ośmiorga
dzieci ja, z bliźniąt, byłem najmłodszy.

W ogóle rodziny na wsiach były dzietne. Trudny był klimat bezpiecznego wychowania dzieci w rodzinach chrześcijańskich. Czasy, w których żyłem, były niewspółmiernie trudne i niespokojne i od dziecka musiałem je przeżywać.
    Wieś polska była bardzo zaniedbana, ubóstwo było widać gołym okiem na każdym kroku. Większość rodzin mieszkała w małych, niskich domkach strzechą krytych, o żadnych wygodach sanitarnych nie było nawet mowy. W wielu mieszkaniach brak było podłóg, ludzie chodzili po ziemi. Nie było elektryczności, lampki na naftę spełniały tę rolę, po wodę do picia i gotowania ludzie chodzili do wspólnej studni z dala od zamieszkania. Najważniejszym i stałym pożywieniem był chleb, mleko od swoich krów, kartofle, kapusta i mięso z własnych hodowli tucznych świń. Były przypadki, że na przednówku brakowało ludziom pożywienia, sytuacja była ciężka. Praca w gospodarstwie była prymitywna, ciężka, większość ludzi młóciła cepem, brak było maszyn do młócenia zboża, nie każdego było na nie stać. Kobiety oprócz pracy w polu i pracy domowej miały zajęcie przy lnie, tarły go na cierlicach, przędły na specjalnych kołkach, a na koniec na domowych krosnach wyrabiały materiał, stosując go potem do potrzeb domowych, robiły z niego np. koszule, prześcieradła, dywany i inne rzeczy.
    Nauka dla młodzieży kończyła się na szkole podstawowej. Wiele chłopskich dzieci było zdolnych, lecz nie stać było ich rodziców na dalszą naukę. Państwo o to nie dbało.
W mojej rodzinie brat Franciszek był zdolny i rodzice postanowili posłać go do wyższej uczelni, do gimnazjum. Był dobrze przygotowany do egzaminu do szkoły w Siedlcach w 1937 roku. W czasie tego egzaminu profesorowie bardzo go chwalili, poklepywali po plecach i mówili, że ma szansę na dalszą naukę.
    Niestety, po miesiącu przyszła odpowiedź, że egzaminu nie zaliczył. Dlaczego? A dlatego, że był chłopskim dzieckiem. Kształcić się mogły tylko dzieci bogatej sfery, ludzi będących na stanowiskach. Za sanacji chłopi byli traktowani jak ostatnia kasta ludzi, którym nauka się nie należy. Oto przykład z życia wzięty: ja jedyny z ośmiorga rodzeństwa zdobyłem średnie wykształcenie – techniczną szkołę ukończyłem w czterdziestych latach swojego życia, i to już za Polski Ludowej, ale o tym będzie w dalszej części. Podlasie, na którym mieszkałem, należało do wierzących ludzi, którzy co niedzielę chodzili do kościoła katolickiego w wsi Wyrozęby, gdzie byłem ochrzczony. Moi rodzice często się modlili, szczególnie mama odmawiała różaniec, Anioł Pański i wiele innych modlitw. Jej modlitwy były przede wszystkim do Matki Boskiej, prosiła o opiekę nad dziećmi i całą rodziną.
    Uważam, że jej prośby zostały spełnione, bo pomimo ciężkich, trudnych i niebezpiecznych lat okupacji nikomu z dzieci, które były już wtedy dorosłe i zagrożone różnymi wypadkami, nic poważnego się nie stało. Brat Józef w 1939 roku był w czynnej służbie wojskowej, w strzelcach konnych w Grajewie zastała go wojna, ale szczęśliwie powrócił do domu.
    Drugi brat, Franciszek, wyznaczony przez sołtysa na roboty do Niemiec, był już w Warszawie na ulicy Skaryszewskiej. Był już przygotowany do transportu odprowadzającego na stację kolejową, ale siostra Aleksandra handlowała mięsem i różnymi rzeczami z przyjeżdżającymi do Warszawy, miała kontakty z policją granatową służącą Niemcom i tym sposobem załatwiła, że Franciszek nie pojechał do Niemiec. Wszystkie siostry, oprócz Stasi, były w tym czasie w okresie młodzieńczym i podlegały wywozowi do pracy okupacyjnej. Trzy z nich wyszły za mąż i tym sposobem, pozostając na miejscu, założyły swoje rodziny. Ja natomiast mając 20 lat powołany zostałem do czynnej służby wojskowej do WOP w Przemyślu. W tym czasie od 1949 do 1951 roku miałem dwa przypadki w Bieszczadach grożące mi śmiercią. Opiszę to dokładniej w dalszym ciągu. Co niedzielę chodziłem do kościoła sam i z rodzeństwem, tak byliśmy wychowani. Jak się nie poszło do kościoła, to tak jakby niedzieli nie było. Morał był taki: Modlić się, pracować i starszych szanować i cieszyć się dalszym życiem. Choć to życie wcale takie łatwe nie było. Trudności występowały wraz z dorastaniem, a to już miało miejsce w 1935 roku. Ogólnie panował kryzys, handel przeważnie należał do Żydów, Polacy do tego nie mieli polotu i sprytu. W owym czasie panowała organizacja, nie pamiętam dokładnie jej nazwy, rozchodziło się o to, aby nie kupować w sklepach żydowskich, mieszczących się w Sokołowie i innych miejscowościach na Podlasiu. Kto z Polaków kupował u Żydów, ten był źle traktowany. Były nieporozumienia, Żydzi krzyczeli z balkonów swoich domów, że wasze ulice, a nasze kamienice. Organizacja ta nie osiągnęła celu, nie była popierana przez państwo. W tym czasie zapamiętałem piosenkę:


Posłuchajże, wierny ludu,
Oczyść duszę z grzechów brudu.
Bo nastaną ciężkie lata,
I nastąpi koniec świata.
Powstaną na świecie wojny,
Naród będzie niespokojny.
Syn do walki z ojcem stanie,
Straszne będzie krwi rozlanie.
Sybilijna mówi święta,
Że żyć będziem jak zwierzęta.


     Nadszedł rok 1935. Zacząłem chodzić do szkoły podstawowej do Repek. Miałem 7 lat, z których już wiele już zapomniałem.
     Borychów i Repki to sąsiadujące wsie, w których rolnictwo jest głównym źródłem dochodów mieszkańców. Gmina Repki leży we wschodniej części województwa mazowieckiego, po lewej stronie rzeki Bug, pomiędzy Sokołowem Podlaskim a Drohiczynem. Na terenie tym znajduje się wiele obiektów zabytkowych, zespół dworski – dwór, park itp.
    Repki i okolice to region o wysokich walorach przyrodniczych, ważnych dla tych, którzy pragną dla swoich rodzin czystego powietrza i ciszy.
    Chodząc do szkoły, miałem z podanych miejscowości wielu kolegów, których już dziś nie sposób mi wymienić. Szkoły były drewniane, o średnim wyposażeniu, uczyłem się średnio, nie wyróżniając się spośród uczniów. Miałem dobrą pamięć, więc nauczyłem się wiersza o zmarłym w 1935 roku Józefie Piłsudskim, Marszałku odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej, który był wodzem naczelnym i przyczynił się do odzyskania niepodległości Polski w 1918 roku.


Wie to każde polskie dziecię,
Kto to jest na tym portrecie,
Kto to jest ten pan w mundurze,
Czyje to rzęsy i wąsy duże,
Czyj ten uśmiech nie surowy,
Gdy patrzy na dziatek głowy,
To marszałek, który pragnie,
By dziewczęta i chłopcy byli mądrzy,
Śmiali jak powinni być Polacy.


    Minęło już tyle lat, a pamiętam to dokładnie i wiele, wiele jeszcze z tamtego okresu.
    Po ukończeniu 9 lat zacząłem chodzić na nauki do kościoła w Wyrozębach w celu przygotowania się do I Komunii Św. Kościół ten jest ważny nie tylko dla mnie, ale także dla całego mojego rodzeństwa, gdyż wszyscy byliśmy chrzczeni w tym kościele i do niego należeliśmy. Wybudowany został według projektu architekta Henryka Marconiego i konsekrowany w 1865 roku przez Doria Dernałowicza. Neorenesansowy, zwrócony – prezbiterium na południe, murowany z cegły. Dachy dwuspadowe, kryte blachą. Obok znajdują się takie obiekty, jak: dzwonnica, plebania, organistówka i szpital. W szpitalu tym leczono nie tylko ludzi miejscowych, ale i przywożono do niego z dalszych okolic, a nawet z Warszawy, chorych na nowotwory, bez nadziei na wyleczenie z tej choroby. Z kolegami graliśmy w piłkę, w palanta, w pikora i mieliśmy wiele innych zabaw. Nie zawsze dzieci wiejskie miały na to czas, a to dlatego że musiały pomagać rodzicom w gospodarstwach przy różnych pracach. Na przykład chłopcy paśli krowy na pastwiskach, i ja także u swoich rodziców miałem oprócz nauki zajęcia z pasienia krów. Znałem wielu swoich rówieśników, którzy paśli krowy u bogatych ludzi za kilka metrów zboża i tym sposobem pomagali rodzicom w życiu. Większość dzieci pochodziła z ubogich rodzin, a dorobić i zarobić nie zawsze było można. Dlatego najczęściej dzieci nie miały nawet ukończonej szkoły podstawowej, nie z własnej winy, tylko taka sytuacja panowała w ówczesnym czasie. Wieś zawsze była poniżona i upośledzona i to jest fakt, który nie podlega dyskusji.
 Przechodzimy teraz do innego tematu.

Pod Znakiem Wojny i
Okupacji


    Moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem wojny. Kiedy wybuchła, miałem już 11 lat, do dziś pamiętam tamte czasy. Zbliżał się rok 1939 rok, pełen grozy i niepokoju w całym narodzie polskim.
Refleksje o klęsce wrześniowej podaję do wiadomości
     Niemal wszyscy sądzą i uczą się w szkołach, że państwo polskie przestało istnieć po paru tygodniach wojny, mimo że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, aby do tego nie dopuścić.
     I tu mylą się:
Mieliśmy rozwinięty przemysł metalurgiczny, doskonałych inżynierów, wykwalifikowanych robotników (w latach trzydziestych często bezrobotnych) i bez większego trudu mogliśmy w ciągu kilku lat wyprodukować 3000 działek przeciwpancernych, potrzebnych, aby każdy pluton piechoty naszej armii wyposażyć w jedno. Tak uzbrojone wojsko polskie zniszczyłoby wiele niemieckich czołgów i nie dopuściło, aby te bezkarnie posuwały się w głąb kraju. Dowództwo naszej armii nie wyszkoliło wojska do walki z czołgami, choć wiadomo było, że Rosja i Niemcy miały dywizje pancerne. Wobec braku odpowiedniego wyszkolenia nasze oddziały, odcięte przez nieprzyjaciela, przestawały walczyć i szły do niewoli. Nawet niedoceniona w Polsce armia Czechosłowacji była w roku 1939 o wiele bardziej nowoczesna od naszej. Byli generałowie, którzy domagali się zmotoryzowania kawalerii, między innymi nawet wyliczając, że wstrzymanie czołgów mniej kosztowałoby niż utrzymanie koni.
    Nie ulega wątpliwości, że nasze przedwrześniowe rządy ułatwiły likwidację państwa polskiego, nie zapewniając dostatecznych środków finansowych na zbrojenia.
   Reasumując, rządy przedwrześniowe, w szczególności kierownicy naszej armii i gospodarki, nie potrafiły dokonać wszystkiego, co było możliwe, aby nie dopuścić do zagłady państwa polskiego w ciągu paru tygodni. Mimo woli potwierdziły się złośliwe określenia Niemców, że Polska była państwem ,,sezonowym”. Fikcją literacką były słynne hasła głoszone przed 1939 rokiem: Silni, zwarci, gotowi, nie damy guzika od munduru, Polska od morza odsunąć się nie da itd. Ale tego wszystkiego nie musimy się wstydzić, Polska była pierwsza, która powiedziała Niemcom ,,NIE”.
Geneza drugiej wojny światowej
      Dojście Hitlera do władzy w 1933 roku i agresywne kroki Niemiec na terenie międzynarodowym ujawniły przed całą Europą groźbę faszyzmu i nowej wojny.
      Dla każdego rozsądnego człowieka było wiadome i zrozumiałe, że faszyzm stwarza niebezpieczną sytuację dla całej Europy, a szczególnie dla Polski.
      Od 1933 roku rozpoczęły się trwające przez cały okres istnienia Trzeciej Rzeszy rządy aparatu państwowego metodą obsadzania przez działaczy NSDAP kierowniczych stanowisk w administracji różnych dziedzin.
      Wyrazem przemian zapoczątkowanych w styczniu 1933 roku było ogłoszenie w pierwszą rocznicę objęcia władzy ustawy o przebudowie Rzeszy. Polityka rządu polskiego uwikłana była w skomplikowaną grę dyplomacji europejskiej. Stosunki z największym sprzymierzeńcem Francji uległy pogorszeniu. Z punktu widzenia Polski rozmowy te stwarzały możliwości narzucania małym i średnim państwom swojego stanowiska w sprawach terytorialnych, tym bardziej że ceną za udział Niemiec w Traktacie Czterech mogły być koncesje na pograniczu państwa polskiego. Demonstracja siły przeprowadzana przez Polskę w marcu 1933 roku na Westerplatte, wzmocnienie stacjonującego na terenie Wolnego Miasta Gdańska garnizonu przez dodatkowy batalion piechoty morskiej, wszystko to miało załatwić dwie sprawy: ostrzec i wywrzeć nacisk na Hitlera i dać odpowiedź na przychylne niemieckim postulatom rewizjonistycznym nastawienie mocarstwowe państw zachodnich. Miało to skłonić Hitlera do rozmów z Polską. Ale propozycje Hitlera podważały istnienie państwa polskiego jako samodzielnego czynnika politycznego i militarnego.
        Niemcy wiosną 1939 roku rozpoczęły planową eskalację antypolskiej propagandy. Kampanię prowadzono początkowo przeciwko rzekomym polskim napaściom na kobiety i dzieci, przy czym władzom polskim zarzucono bezczynność. Stopniowo prasa i radio pomnażać zaczęły liczby krzywd wyrządzonych Niemcom. Było to perfidnym kłamstwem. Hitler i jego dyplomacja wykazywali dążenie do rozpętania wojny przeciwko Polsce, wysuwając propozycje nie do przyjęcia, mianowicie przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Niemiec i budowę eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej. Rząd polski, ani tym bardziej społeczeństwo, nie mógł wyrazić zgody na te naruszające suwerenność państwa żądania. Hitler wiele razy zapewniał, że Trzecia Rzesza nie ma zamiaru ingerować w sprawy Austrii ani dążyć do Anschlussu, a jednak w początkach marca 1938 roku wojska niemieckie zajęły bez wypowiedzenia wojny i Austrię, i Czechosłowację. W tej sytuacji Hitler zwrócił się do Stalina, by przyjął w Moskwie Ribbentropa w celu podpisania paktu z Niemcami. Akt podpisano 23 sierpnia 1939 roku i tym sposobem dokonano czwartego rozbioru Polski. Hitler był przekonany i wyraził pogląd, że ani Francja, ani Wielka Brytania nie przyjdą z czynną pomocą militarną Polsce. Poza tym Niemcy opuściły Ligę Narodów i Genewską Konferencję rozbrojeniową, aby zyskać wolną rękę w zakresie zbrojeń. W dniu 1 września 1939 roku o świcie Niemcy bez wypowiedzenia wojny zaatakowały Polskę, rozkazując swoim żołnierzom: Zabijajcie bez miłosierdzia i bez litości kobiety, mężczyzn i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy. Bądźcie twardzi i bezwzględni, Polska będzie wyludniona i skolonizowana przez Niemców.
      Polska pierwsza sprzeciwiła się Hitlerowi i pierwsza w Europie stawiła opór zbrojny agresji niemieckiej, zamykając w ten sposób drogę dotychczasowemu pokojowemu podbojowi.
     Naród polski został osamotniony, Anglia i Francja, ze słynną linią Maginota, wprawdzie wypowiedziały 3 września wojnę Hitlerowi, co z radością przyjęło całe społeczeństwo polskie, ale było to oszukańczą grą dla Polski. Zamiast udzielenia czynnej pomocy Zachód przysłał wyrazy podziwu dla warszawiaków, dzielnie broniących stolicy. Stefan Starzyński domagał się efektywnej pomocy, a nie tylko słów otuchy. Odpowiedzią była cisza na froncie zachodnim. Anglia i Francja nie chciały walczyć i ginąć za Gdańsk. Dlatego też armia polska uległa przeważającej sile niemieckiej.
     Tylko we wrześniu straty polskie wynosiły 200 tysięcy poległych i rannych żołnierzy, ponadto 420 tysięcy dostało się do niewoli. Ogromne ofiary poniosła także ludność cywilna. Zniszczonych zostało wiele domów mieszkalnych, gmachów użyteczności publicznej, zabytków kultury. Kampania wrześniowa wykazała wewnętrzne wartości i patriotyzm milionów obywateli Rzeczypospolitej Polskiej. Armia niemiecka, licząca około 2 milionów żołnierzy wyszkolonych, zdyscyplinowanych, nowocześnie i dobrze uzbrojonych jak na tamte czasy, napotkała zacięty, bohaterski opór żołnierzy polskich. Przykładem jest obrona Westerplatte, bitwa nad Bzurą, Modlin, obrona Warszawy, wiele innych walk i bitw, i ta ostatnia – pod Kockiem.
    Polacy, mając na froncie około miliona żołnierzy, osamotnionych, zawiedzionych, źle uzbrojonych (byli i tacy, którzy nie mieli zwykłego karabinu), bez broni pancernej, ze słabym lotnictwem i staroświecką kawalerią nie mieli żadnych szans na zwycięstwo. To jest geneza drugiej wojny światowej, wojny, za którą Polska nie musi się wstydzić.
     Winą za to wszystko należy obciążyć państwa zachodnie, które zdecydowanie nie przeciwstawiły się Trzeciej Rzeszy i z tego powodu zapłaciły wysoką cenę również na swoich terenach. Były zaskoczone takim oporem strony polskiej i same poniosły znaczne straty: 45 tysięcy zabitych i rannych żołnierzy. Polacy zniszczyli 370 tysięcy dział, tysiące pojazdów mechanicznych, blisko 1000 czołgów i samochodów pancernych i wiele samolotów.
   Przytoczę słowa wiersza Broniewskiego:    

Kiedy przyjdą podpalić dom,
dom, w którym mieszkasz, Polskę,(…)
I nocą kolbami w drzwi załomocą,
Ty ze snu podnosząc skroń,
Stań u drzwi, bagnet na broń!

 

     W połowie września oddziały armii polskiej cofały się na wschód, by może tam utworzyć linię obronną na Bugu, gdy niespodziewanie powstało nowe zagrożenie.
     Jest 17 września 1939 roku. Tego dnia armia radziecka, sprzymierzeniec Niemiec, podobnie jak Hitler zaatakowała Polskę bez wypowiedzenia wojny, po prostu nóż w plecy. Naród polski się tego nie spodziewał, wielu żołnierzy, oficerów i generałów, którzy nie stawili żadnego oporu, dostało się do niewoli, znaczna część wojska wywożona była przez Rumunię na Zachód.
    Polska została podzielona pomiędzy dwóch fatalnych zaborców Niemcy i Związek Radziecki i znalazła się pod ich okupacją. Podboje niemieckie, sukces wojen błyskawicznych: Dania, Norwegia, Holandia, Belgia, Paryż zdobyty bez wojny w 1940 roku, wzmocniły pewność Hitlera w jego geniusz strategiczny. Niemcy zaczęły zagrażać nie tylko Europie, ale także całemu światu.



Życie narodu polskiego


w czasach okupacji
    To zajęcie Polski przez wojska niemieckie i radzieckie wywołało w całym naszym narodzie wielkie przygnębienie. Zapanowała panika, ludzie postanowili uciekać na wschód z przerażenia, gdyż mówiono, że Niemcy tam, gdzie tylko wejdą, mordują ludzkość polską. Pamiętam, że nasi sąsiedzi i wielu innych pozostawiało swoje domy, uciekając na wschód.
    Ojciec mój powiedział, że nigdzie nie będzie uciekał, bo jeżeli zginąć, to na swoich śmieciach. Wprawdzie po trzech dniach ludzie wrócili na swoje gospodarstwa, tym szybciej że gruchnęła wieść, że Francja i Anglia wypowiedziały Niemcom wojnę, i zapanowała wielka radość, ale niestety trwało to krótko, dwa tygodnie. 17 września armia radziecka wystąpiła przeciwko Polsce i nastąpił całkowity upadek państwa polskiego.
    Wielu polskich rezerwistów wziętych na wojnę zaczęło powracać do domu. Wrócił Cz. Wierzbicki, mąż mojej siostry. Opowiadał, że na wojnie nawet karabinu dla niego zabrakło i cały czas był tylko na odwrocie. Powrócił mój brat Józef, służący w czynnej służbie wojskowej, którego na ziemiach wschodnich zastała wojna w 1939 roku. Również opowiadał mi wojenne historie, a ja lubiłem ich słuchać… Pewnego razu brat, będąc w szwadronie strzelców konnych, został wysłany z patrolem rozpoznawczym. Zostawił konia swego, wysunął się na brzeg lasu i zauważył maszerujących w ich kierunku żołnierzy. Wpatrując się dokładniej z ukrycia, stwierdził, że to ani Niemcy, ani Polacy, tylko wojsko radzieckie. Natychmiast wycofał się i zawiadomił swego dowódcę. Oficer przyjął wiadomość, ale nie dowierzał: Czy wyście zwariowali? Ruskie wojsko? To niemożliwe. Wsiadł na konia, wziął brata i udali się w to miejsce. Miał lornetkę, popatrzył przez nią dokładnie i potwierdził: Faktycznie, tak! Ruskie wojsko! Nie pomyliliście się… Dowódca zebrał cały oddział i powiedział: Dla was to już koniec wojny. I podziękował im za służbę, rozpuszczając wszystkich do cywila. Pouczył ich, aby nie szli zwartą grupą, a po kilku, najlepiej po dwóch. Brat konia swego oddał chadziajowi za cywilne ubranie, krótki karabinek kawaleryjski wrzucił skrycie do studni gospodarskiej i postanowił wracać w rodzinne strony. Z różnymi trudnościami do domu wrócił. Powrót pieszy nie był taki łatwy, ponieważ część ludności ukraińskiej była wrogo nastawiona do Polaków, napadała na nich, co groziło śmiercią. Takich okoliczności było wiele, nie wszyscy szczęśliwie powracali zdrowo do swoich rodzinnych stron. Wielu ojców i wiele matek nie doczekało się powrotu swoich dzieci.
    Ja już byłem starszy i to wszystko widziałem. Lubiłem bardzo wojsko i często chodziłem tam, gdzie oni kwaterowali. Byli bardzo zmęczeni i głodni, ludzie ich karmili chlebem i mlekiem itp. Pewnej niedzieli po 17 września przemieszczało się radzieckie wojsko przez naszą wieś, było ich bardzo dużo, trwało to około pięciu godzin. Obserwowali ich starzy ludzie i dzieci, młodzi nie pokazywali im się na oczy. Widziałem około 50 żołnierzy, jeńców polskich, bardzo pilnowanych, aby nie mogli uciec. To było tak przykre i nieprzyjemne, utkwiło mi to na długo w pamięci. Pewna starsza kobieta zapytała wtedy oficera: Po co wy maszerujecie, kto was tu zapraszał, do Polski? A on na to: My pryśli was oswobodzić i pojdziom  domoj. Na to odejście czekaliśmy wiele, wiele lat…
    Sytuacja na wsiach stawała się ciężka, nakładano na gospodarstwa kontyngenty w postaci zboża lub innych. Urządzano łapanki i wywożono młodzież do Niemiec na przymusowe roboty. Kiedyś, wracając z miejscowości Repki do Borychowa, w odległości dwóch kilometrów, miałem taki przypadek: w pewnej chwili podjechał samochód jadący w kierunku, gdzie ja szedłem. W samochodzie tym było około 20 żandarmów, minęli mnie i zatrzymali się w odległości około 50 metrów ode mnie, obserwując. Ja już przeczułem, co nastąpi. Oni myśleli, że będę uciekał na ich widok, a ja, jak gdyby nigdy nic, szedłem do nich. Doszedłem i pierwszy powiedziałem: Guten Morgen. Tłumacz cywil spytał mnie: skąd idziesz, ze szkoły? Powiedziałem: Tak (chociaż już dawno do szkoły nie chodziłem). A ile ty masz lat? Na to ja ująłem sobie trzy lata i odpowiedziałem, że mam 11. Tłumacz powiedział tylko żandarmom: Klein Kind. Odwagą, że na ich widok nie uciekałem i okłamałem ich, że mam tylko 11 lat, spowodowałem, że zostawili mnie w spokoju. Pojechali natomiast do wsi, do której szedłem, rozbiegli się po obu stronach i rozpoczęli łapankę. Moi dwaj bracia zauważyli ich w ostatniej chwili i zdążyli uciec w zabudowania gospodarskie, gdzie mieli kryjówkę.
   U sąsiadów z lewej i prawej strony zatrzymali dwie dorosłe dziewczyny i zabrali je do samochodu. Matka Lucyny zaczęła rozdzierającym głosem ich prosić, aby córkę zostawili w spokoju, ale oni siłą ją wciągnęli do samochodu. Ojciec Heleny zaczął na nich krzyczeć, że oddaje wszystkie kontyngenty i że nie mają prawa tak postępować. Moi dwaj bracia w kryjówce wszystko dokładnie słyszeli. Mimo to znalazł się sposób, że obie dziewczyny powróciły po trzech dniach do domu. Pieniądze do tego się przyczyniły. Podobnie stało się z moim starszym bratem Józefem. Po pewnym czasie przyszli do domu żandarmi, zabierając Józefa na przymusowe roboty do Niemiec. Prośby i błagania rodziców nie pomogły... Około 200 metrów od nas była górka Skarmica, tam został wolny, z tym że około 2 tygodni przebywał u dalszej rodziny, nie pokazując się w domu. Wiele rzeczy podobnych i innych działo się. Co jeszcze, nastąpi w dalszych opowiadaniach.

Wojna niemiecko-radziecka


22 czerwca 1941 roku armia niemiecka napadła na Związek Radziecki. Początkowo Stalin nie dawał wiary pogłoskom o agresywnych zamiarach Niemiec wobec ZSRR. Błyskawiczny atak na froncie w początkach roku przyniósł dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie. Znaczna część samolotów radzieckich rozmieszczana na przygranicznych lądowiskach już w pierwszych godzinach wojny została zniszczona przez zmasowane ataki bombowców. Niemcy zdobyli panowanie w powietrzu. Armia Czerwona pomimo poważnych strat utrzymywała się przy czynnej obronie, zmuszając Niemców do zwalniania tempa marszu. W grudniu pod Moskwą wojska radzieckie rozpoczęły kontrofensywę. Nastąpiło załamanie koncepcji wojny błyskawicznej i odwrót Niemców na taką skalę! Załamanie planu Barbarossa postawiło pod znakiem zapytania Hitlera. Front radziecki nie tylko wytrwał, ale zadał odczuwalne ciosy pod Moskwą i Rostowem. Niemcy ponieśli ogromne straty, gdy dotarli do Wołgi i Stalingradu. Bitwa była straszna, wyniszczająca obie strony w ludziach, gehenna – istne piekło na ziemi. W okresie od 10 stycznia do 2 lutego 1943 roku oddziały radzieckie rozbiły 23 dywizje nieprzyjacielskie, biorąc do niewoli 91 tysięcy żołnierzy i oficerów, oraz 22 generałów niemieckich i rumuńskich, ze słynnym generałem Paulusem. Zwycięstwo w batalii stalingradzkiej stanowiło zasadniczy zwrot w działaniach wojennych. Stalingrad stał się zwiastunem nieuchronnej klęski Trzeciej Rzeszy.
     Pragnę oznajmić, że to Niemcy w początkach wojny niemiecko-radzieckiej odkryli kilkanaście tysięcy ciał żołnierzy polskich w 1940 roku zbrodniczo zamordowanych w różnych obozach, a szczególnie w Katyniu. Początkowo mówiono, że te okrucieństwa zostały popełnione przez Niemców, co było nieprawdą. Po 50 latach zostało całkowicie udowodnione, kto był sprawcą tego morderstwa.


Niemcy w odwrocie
po klęsce z ZSRR


Bitwa o Stalingrad jeszcze nie stanowiła całkowitego upadku Niemiec, pomimo poniesionych dużych strat pozostali potęgą światową. Wzrósł reżim okupacyjny na terenach polskich. Położono duży nacisk na dostawę kontyngentów, a za oddanie w czasie kontyngentu płacono wódką… Chłopi ją brali i pili. Ale i tak w co drugim domu pędzono swój bimber z melasy, zboża, kartofli itd. Niemcy na to przymykali oczy, to wszystko miało jeden cel: rozpić całe społeczeństwo, żeby było głupsze i żeby łatwiej je było zniewolić i panować nad nim.
     Szczególnie ludność miejska, np. Warszawy, miała duże trudności z zaopatrzeniem w żywność. Narodził się handel. Z miast przywożono różne rzeczy, np. odzież i inne, za które brano żywność. Niemcy na to robili obławy, dużo żywności trafiało w ich ręce, a różnymi sposobami docierano do celu. W Warszawie były wypadki zabierania ludziom cywilnym ciepłej odzieży, konfiskowano np. kożuchy, palta i inne, wywożąc to na front wschodni. Przyjeżdżały ze wschodu całe transporty żołnierzy niemieckich, rannych, pomarzniętych, nie do wyleczenia i dalszego życia, widać to było na dworcach warszawskich.
      Życie płynęło jednak dalej, handel się rozwijał i na wsi mój starszy brat handlował zbożem, świniami, szczególnie tucznikami, krowami i na tym dobrze zarabiał. Kupował różne narzędzia gospodarcze, tak więc nasz ojciec już nie młócił cepem, do tego służyła mu maszyna do młócenia, której ojciec nie był w stanie sobie kupić za sanacji. Tym sposobem gospodarstwo stawało się bogatsze, łatwiejsze i przyjemne w dalszej pracy.
      W roku 1944 armia niemiecka cofając się dotarła do Polski. W Lublinie wydano manifest PKWN, powstał ludowy rząd polski z prezydentem Bierutem na czele. Tworzyło się też wojsko polskie u boku armii radzieckiej, wyzwalało nowe tereny, które były cały czas pod okupacją niemiecką.
      Wokół Berlina zamykał się pierścień okrążenia. Prowadząca natarcie w kierunku Łeby pierwsza armia Wojska Polskiego przyczyniła się do rozbicia działającego na północny zachód od Berlina zgrupowania wojsk niemieckich.
    Druga armia Wojska Polskiego pod dowództwem generała Świerczewskiego prowadziła w kierunku Budziszyna i Drezna natarcie, które miało jednocześnie osłaniać od strony południowej główną operację zdobycia Berlina. Warszawa została doszczętnie zniszczona, wyzwolenie przez wojska radzieckie i polskie nastąpiło 17 stycznia 1945 roku.
     Trzecia Rzesza prowadziła wojnę na dwóch frontach, wschodnim i zachodnim. Stany Zjednoczone, którym Niemcy wypowiedziały wojnę w 1941 roku, czynnie się w nią włączyły. Dywanowe ataki lotnictwa USA przynosiły Niemcom ogromne straty, Trzecia Rzesza stała w obliczu militarnej katastrofy, zbliżając się do końca wojny.
Polacy w drugiej wojnie światowej
     Polacy w drugiej wojnie światowej walczyli na wszystkich frontach przeciwko armii niemieckiej. Oddziały polskie wykazywały dużą bojowość, np. w Anglii, pomimo że Anglicy nie udzielili czynnej pomocy Polsce w 1939 roku, Polacy tworzyli bataliony dywizyjne lotnicze w Anglii i bronili dzielnie i z bohaterską odwagą nieba nad Londynem. Co piąty spadający samolot niemiecki w walkach nad Londynem był strącony przez lotników polskich. Sam Churchill Polakom serdecznie dziękował za ich czynny udział w bitwie.
    Poza tym Polacy skonstruowali pomysłową maszynę do dekodowania szyfrów Enigma i tym doprowadzili do odczytywania na bieżąco meldunków i rozkazów bojowych wydawanych przez niemieckich przywódców i samego Hitlera. Enigma skutecznie przyczyniła się do rozgromienia Trzeciej Rzeszy. Można to rozważnie ocenić jako szczególnie ważny, jeśli nie decydujący element zwycięstwa. Do takiego wniosku doszli autorzy brytyjscy, starannie pojmując fakt, że źródłem wielkiego sukcesu była zespołowa praca trzech młodych polskich matematyków i kryptologów.
   Na Zachodzie wysoką działalnością polityczną wykazał się generał WP Władysław Sikorski. Dążył on do przyspieszenia wyzwolenia spod jarzma hitlerowskiego całego narodu polskiego. Za okupacji w Polsce rozpowszechniane było powiedzenie: Im słoneczko wyżej, wyżej, tym Sikorski bliżej, bliżej. Niestety, Sikorski zginął pod Gibraltarem w katastrofie samolotu, do której doszło z przyczyn do dzisiaj nieznanych i niewyjaśnionych.
     We Włoszech Polacy pod dowództwem generała Andersa również okryli się światową bohaterską chwałą, zdobywając Monte Cassino, którego to wzgórza kilkakrotnie nie mogły zdobyć wojska państw zachodnich. Jest tam tablica z napisem: Ku pamięci poległych Polaków. Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni jej służbie. Dywizja pancerna generała Maczka również walczyła przeciwko armii niemieckiej, wyzwalając Holandię, Belgię i inne kraje, radośnie witana przez te narody, które były pod okupacją niemiecką.
    Pod koniec wojny w Niemczech wzmogła się fala terroru. Wyrazem tego było między innymi powołanie w lutym 1945 roku specjalnych sądów doraźnych, które w masowej skali wydawały wyroki śmierci za każdy przejaw niewiary w zwycięstwo Trzeciej Rzeszy. W tych ostatnich miesiącach wykonano tysiące egzekucji na opozycjonistach wobec reżimu, na całych rodzinach przeciwników hitleryzmu.
    Rozkaz ten nazwano ,,Nero-Befehl”. Jeżeli wojna ma być przegrana, naród niemiecki też musi zginąć. Sam Hitler pod koniec wojny popełnił samobójstwo. Ostatnia operacja wojsk radzieckich i polskich na Berlin rozpoczęła się 16 kwietnia 1945 roku i doprowadziła do całkowitej kapitulacji Trzeciej Rzeszy 9 maja 1945 roku.
Moje dorastanie i lata młodzieńcze
w okupacji
    Pod koniec mojego ostatniego roku szkoły podstawowej w Repkach miałem pewne zdarzenie:
     Kierownik szkoły D. Swoboda prowadził z nami lekcję, temat w ogólności dotyczył historii, nacisk był położony na to, aby wiele z tego zapamiętać. Po trzech dniach – sprawdzian! Kierownik postanowił przepytać uczniów, pyta jednego, pyta drugiego, trzeciego, i nic z tego nie zapamiętali. Pyta mego kolegę siedzącego obok mnie, i on nie wie! Ja natomiast znałem odpowiedź i cicho mu podpowiedziałem. Kierownik to zauważył i głośno wyznaczył karę dla wszystkich uczniów: Proszę wyjąć zeszyty i w domu napisać 100 razy: ,,Jest to cnota nad cnotami, trzymać język za zębami”. Miałem przez to wiele nieprzyjemności, szczególnie ze strony dziewcząt, ale wszystko skończyło się dobrze, nie byłem ostatnim takim uczniem w szkole. Po ukończeniu szkoły podstawowej nie było mowy o dalszych studiach, chłopcy i dziewczęta w większości postanowili uczyć się zawodu. Zawody były różne: stolarz, rymarz, krawiec lub krawcowa i wiele innych. Ja zacząłem uczyć się na szewca u Stefana Buszewskiego w Wyrozębach.
    Robiliśmy na stalunki, robiliśmy reperacje dla wszystkich, którzy do nas przychodzili. Był to zakład prywatny. Przychodzili do nas ludzie z podziemia, partyzanci, i dla nich robiliśmy usługi przede wszystkim naprawienie obuwia, ale i inne. Pamiętam, jednemu panu zszywałem kaburę od pistoletu i zapytałem go, co on by zrobił, jakby tu się znaleźli Niemcy. Odpowiedział, że żywcem by się nie dał wziąć, strzelałby do ostatniego naboju… Takie wypadki miały miejsce w życiu okupacyjnym. Były też urządzane przez starszą młodzież tańce i zabawy, w których i ja brałem udział. Bawiliśmy się w mieszkaniach prywatnych. Chodziliśmy też na zabawy do kolegów z sąsiednich miejscowości, oni przychodzili do nas, i takie było odwzajemnianie się… Na tych zabawach śpiewaliśmy piosenki partyzanckie. Przytoczę urywek:


A kiedy uderzy mnie kula,
To dla mnie ukończy się wojna.
I duch mój, koledzy, za wami pobieży,
Dotąd aż Polska będzie wolna.


      Ja w okresie świąt Bożego Narodzenia zorganizowałem herody. Brał w nich udział dziewięcioosobowy zespół (wszyscy odpowiednio przygotowani). Chodziliśmy po domach, powodzenie mieliśmy bardzo duże, koło nas zawsze było dużo dzieci i dorosłych. Przyjmowali nas w mieszkaniach bardzo chętnie i sami nam wręczali za kolędę. Chodziliśmy nie tylko po swojej miejscowości, ale też do pobliskich wsi. Wspólnie dobrze się rozumieliśmy i zgoda panowała wśród nas. Z tego zespołu zostałem sam, ich życie zmieniło się…
     Zbliżaliśmy się do roku 1945, okupacja trwała w Wyrozębach, w których bardzo często bywałem. Była tu gmina z wójtem na czele. Miał on porachunki z podziemiem, prawdopodobnie był na usługach niemieckich. Pewnej nocy partyzanci otoczyli jego dom i wykonali wyrok śmierci wydany przez organizację. W obliczu tego zajścia w miejscowości zapanował strach, Niemcy rozpoczęli dochodzenie w celu wykrycia sprawców. Mieszkańcy Wyrozębów byli bardzo przerażeni, szczególnie mężczyźni i młodzież, ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Na pogrzeb wójta przyjechała grupa gestapowców, ja na tym pogrzebie nie byłem, przeważnie były starsze kobiety i opowiadały, że oficer niemiecki przemawiał nad trumną. Tłumacz tłumaczył do wszystkich po polsku, że zginął od czujki komunistycznej, która będzie wkrótce zlikwidowana. Wszystko skończyło się pomyślnie dla całej miejscowości i nic nikomu się nie stało.
    Inne zdarzenie miało miejsce w mojej rodzinnej wsi. Pewnego dnia samochód jadący od Repek do Borychowa zatrzymał się przed wsią na 300 metrów. Wysiadło dwóch gestapowców z jakimś cywilem. Zaprowadzili go w pobliże rzeki zwanej Gawroniec i dokonali na nim morderstwa strzałem w głowę. Potem pojechali do sołtysa i oznajmili, że ze wsi uciekał mężczyzna, nie reagował na zatrzymanie, został zabity, ma być pochowany tam, nie gdzie indziej. Po roku 1945 kości zabitego zostały wykopane i pochowane na wyrozębskim cmentarzu.
   Miałem i ja niebezpieczny przypadek: Pewnego razu pasłem konia nad tą rzeką, bardzo lubiłem jeździć na nim galopem, nawet raz spadłem z niego i nic sobie nie zrobiłem, ale raczej się tym za bardzo nie chwaliłem. W pewnym momencie zauważyłem Niemca idącego w moim kierunku, od razu domyśliłem się, że chce mi zabrać tego konia. Postanowiłem przeciwdziałać temu, podbiegłem do konia i podprowadziłem go pod duży kamień, aby ułatwić sobie wejście na jego grzbiet, i ruszyłem galopem. Niemiec zaczął na mnie głośno krzyczeć, wyciągnął pistolet i strzelił w moim kierunku, nie odnosząc żadnego skutku, odległość była do 300 metrów, gdyby to był karabin, mógłby trafić mnie lub konia. Uciekając drogą okrężną, przyprowadziłem konia do stajni i wszystko dobrze się skończyło. Życie ludzkie w czasach okupacji zawsze było zagrożone i niepewne, częste łapanki, obławy na zgromadzenia, np. odpusty kościelne, i wiele, wiele innych, które nie sposób opisać.
    Zbliżał się front niemiecko-radziecki, ludzie jak mogli, tak się do tego przygotowali. Pamiętam, w ogródkach kopano schrony i inne zabezpieczenia. Nasze gospodarstwo podobnie jak wiele innych zostało całkowicie spalone: cały dobytek żyjący na ziemi, nic nie pozostało, nie mieliśmy gdzie mieszkać. Sytuacja była bardzo ciężka, ale najważniejsze było to, że wszyscy byliśmy cali i zdrowi. Pamiętam przed domem mego chrzestnego stał duży krzyż drewniany, który wraz z otoczeniem został spalony, ale niecałkowicie. Przechodzili koło tego miejsca oficerowie radzieccy i zatrzymywali się na chwilę, kiwając głowami i mówiąc do zebranych, którzy tam stali: Ot i Chrest nie obronił. Oni uważali, że stojący krzyż powinien obronić przed spaleniem i zniszczeniem. Przeważnie kobiety płakały, że nie mają gdzie mieszkać, ale ci oficerowie, a było ich trzech, pocieszali mówiąc: Nie płacz, matka, nie płacz, my wam chaty bystro postroim. Ludzie zaczęli zamieszkiwać u swoich sąsiadów, nie wszystko całkowicie było spalone. Nasza rodzina przeniosła się do domu nieco dalej, do rodziny Cz. Wierzbickiego. Była duża niewygoda, ale życie trwało dalej.  
Polska po 1945 r.
     Polska w 1945 roku została wyzwolona – zniewolenie przez PRL trwało do 1989 roku, około 50 lat. Polska była pod dominacją radziecką, głośno na ten temat nie wolno było mówić.
      Powiat Sokołów Podlaski zapisał bogate karty walki o niepodległość w okresie zniewolenia komunistycznego. Walka zbrojna przeciwko przeniesionej na sowieckich bagnetach władzy komunistycznej trwała tu wiele lat po wyzwoleniu, do początku lat pięćdziesiątych.
   Wywodzące się z Armii Krajowej struktury podziemia w powiecie sokołowskim na przestrzeni lat przechodziły liczne przeobrażenia organizacyjne. Armię Krajowej rozwiązano w 1945 roku. Dowódcą Armii Krajowej na Podlasiu był Władysław Łukasiuk ps. „Młot”, stojący na czele oddziału partyzanckiego od 1939 do 1950 roku. Po kapitulacji Niemiec nie mógł się ujawnić. Tacy jak on i wielu, wielu innych zagranicznych, szczególnie oficerów, chociażby chcieli, nie mogli tego zrobić, groziło im wtedy więzienie.
     Mój ojciec często był odwiedzany przez UB, nawet przeprowadzono rewizję w 1950 roku w pomieszczeniach budowlanych, za to jedynie, że miał na nazwisko Łukasiuk, czyli że jest rodziną „Młota”. A Łukasiuk ps. „Młot” nie był dla nas żadną rodziną, dużo jest takich nazwisk. Sytuacja mojej i wielu innych rodzin stała się bardzo ciężka. Trzeba było działać, pracować. Pracowali moi dwaj bracia, pracowałem i ja – miałem 17 lat i pracowałem już w swoim zawodzie, mając możliwość zarabiania przynajmniej na swoje potrzeby, a obrobienie całej rodziny było osiągnięciem.
    Przywoziliśmy też drzewo budowlane z Repek, z lasów dworskich, które całkowicie zostały upaństwowione. Wielu to czyniło i tym sposobem miało materiał do budowy zabudowań gospodarskich. Nasze zespoły budowlane były dobrze zorganizowane: ciesielstwo, malarstwo, stolarstwo i wiele innych, i odbudowa budynków postępowała bardzo szybko. W gospodarstwie rodziców pozostało tylko nas dwóch, ja z bratem Franciszkiem. Stasia, moja bliźniaczka, wyjechała do Warszawy i tam otrzymała zatrudnienie. Ja też myślałem o mieście… organizowano wyjazdy na dużą skalę, młodzież pozostawiała rodzinne strony. I ja na krótko wyjechałem do Siedlec, pracowałem u mistrza Bańkowskiego w swoim zawodzie. Po powrocie zostałem sam z rodzicami na gospodarstwie, ponieważ brat wyjechał do Szczecina, jak wielu innych, i tam pracował. Rodzice moi byli w podeszłym wieku, nie mogli już ciężko pracować, mamie z powodu choroby Parkinsona stale ręce się trzęsły, z trudem gotowała posiłki domowe.
     Ja nie byłem przygotowany do pracy w gospodarstwie i, co tu ukrywać, byłem niezadowolony z takiej sytuacji, jaka zaistniała. Jednak postanowiłem z rodzicami być, wiązać koniec z końcem i zapomnieć o wyjeździe do miasta, choć o tym bardzo marzyłem. Nadszedł rok 1949. Otrzymałem wezwanie do czynnej służby wojskowej, było to dla mnie zaskoczenie, gdyż dali mi tylko dwa dni na przygotowania do odjazdu.
    Powiadomiłem o tym brata Franciszka, prosząc go, by zostawił Szczecin i powrócił do rodziców, zajął się gospodarstwem. 17 maja 1949 roku pożegnałem rodziców i otoczenie i zostałem przez Mariana Borychowskiego odwieziony do miasta Sokołowa Podlaskiego, a tam zostałem włączony do grupy poborowych.

Z Borychowskim byliśmy dobrze znani... Tragiczny był późniejszy los rodziny Borychowskich, u której partyzanci znaleźli schronienie – sami przyszli. Marian wraz z żoną zostali aresztowani, poddani okrutnemu śledztwu. Marian bez sądu został zamordowany. To są fakty i są na to dowody, ile wycierpiała ta czteroosobowa rodzina w 1950 roku. Tak działo się na Podlasiu jeszcze bardzo długo i wiele rodzin z tego powodu cierpiało.
Moja służba wojskowa
w latach 1949-1951
     Po opuszczeniu rodzinnego domu, jadąc do Sokołowa Podlaskiego do grupy poborowych, byłem przekonany, że działalność i życie wiejskie przeze mnie zostało całkowicie zakończone. Włosy sobie skróciłem do zera, ogólnie byłem zadowolony i zanuciłem sobie piosenkę:
Kto chce rozkoszy użyć,
Niech idzie do wojska służyć.
Marzyłem o wojsku jeszcze w młodych latach. Teoretycznie byłem przygotowany od starszych wojskowych z mojej rodziny, praktyczne opanowanie nastąpiło w okresie podanym. Już w Sokołowie na zbiórce wojskowi zauważyli u mnie uśmiech i zadowolenie, czego nie mogli się dopatrzeć u innych, z których wielu było nie bardzo zadowolonych, dużo podchlebianych i zapijaczonych. Odjechaliśmy do Przemyśla pociągiem do jednostki Wojsk Ochrony Pogranicza, WOP. Na miejscu od razu zaprowadzono nas do łaźni i zaraz potem zostaliśmy umundurowani i obuci. Zostaliśmy żołnierzami. Już zauważyłem duży rygor wojskowy, szczególnie dowódca kompanii krzyczał głośno na nas, aby dokładnie myć kut… Porucznik był bardzo głośny... Należałem do pierwszej kompanii, składającej się z 3 plutonów; każdy pluton liczył 4 drużyny po 10 żołnierzy. Nasza kompania, jak się potem przekonałem, miała ostre dowództwo. Bardzo krótko nas trzymano, nie mieliśmy nic do powiedzenia, należało słuchać i wykonywać rozkazy. Zaprowadzono nas również do szpitala wojskowego, mieszczącego się obok jednostki, aby zaszczepić nas na odporność. Tak te zastrzyki były wykonywane, pamiętam do dziś, prosto w piersi, bardzo bolesne. Wielu żołnierzy źle to zniosło, ja sam dostałem gorączki, po trzech godzinach ustąpiło.
    W teren wyprowadzano nas z koszar plutonami i tam prowadzono z nami różne zajęcia. Nauczono śpiewu i zawsze ze śpiewem chodziliśmy.
Jak śpiew źle wypadł, to nas pędzono, stosując różne metody: biegiem marsz i inne.

Nieuchronnie nadchodził dzień przysięgi, do której bacznie należało się przygotować, musztra, chwyty bronią, ciągłe marsze na baczność itp. Do luf karabinów wkładaliśmy wyciory do czyszczenia broni, bo w lufach dawały one trzask pożądany przy podawaniu komend i w marszu. Przysięga odbyła się 22 lipca 1949 roku, w święto PKWN. Na przysięgę przyjechało wielu cywilów, żony do swoich mężów, bo byli wśród nas żonaci. Przy uroczystym obiedzie, a było też razem z nami wielu rodziców, poczęstowano nas kieliszkiem wódki, wyglądało to bardzo galowo, granie, śpiewanie itp.
     Trzy dni przed przysięgą na korytarzu zauważyłem żołnierza z mojej drużyny, F. Nowaka. Zbliżał się do mnie, a w ręku trzymał kopertę z listem. Był załamany. Pytam: Co się stało?, a on z płaczem odpowiada, że jego narzeczona wychodzi za mąż i nie będzie na niego czekać trzy lata, aż on powróci z wojska, znalazła sobie kogoś innego, i tak musi być. Ja wziąłem go za ramiona i zacząłem mu tłumaczyć: Tranus (tak go nazywałem, był moim bardzo szczerym kolegą) ona nie była dla ciebie przeznaczona. My po powrocie znajdziemy sobie inne żony, tego kwiatu jest pół światu, życz jej wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. On posłuchał, głowę opuścił i w końcu powiedział: Jak ty mi to wszystko ładnie tłumaczysz. I doprowadziłem go do normalnego zachowania.     

Szkoła podoficerska


     Po przysiędze wojskowej ustaliliśmy, że pełnowartościowi żołnierze z całego ośrodka rekruckiego utworzą szkołę podoficerską. Zostałem w niej. Część żołnierzy wyjechała za granicę, pewnie na swoją dalszą służbę.
      Szkolenie podoficerskie cechowała wysoka dyscyplina i większy rygor niż za rekruta. Były wykłady polityczne, które stanowiły bardzo ważną sprawę, mogłeś być fajtłapą, ale jak dobrze mówiłeś o Związku Radzieckim i do tego byłeś ZMP-owcem, a jeszcze lepiej PZPR-owcem, to należałeś do przodujących żołnierzy w kompanii.
   Ja do żadnej organizacji nie należałem, ale ogólnie dobrze sobie radziłem, nie byłem pierwszym w kompanii, ale w środku, i to jest dobra zasada: nie być ostatnim. Śpiewaliśmy piosenki po rosyjsku:


Ach, my bojcy, my stalinowcy
My pierwyj raz w boj pojdziem
My w boj pojdziom, na taczanki,
I palmiot z soboj zeżniom,
Nasz palmiot w boju garezy,
Nie ostegajet nikogda.


      Z koszar zawsze wychodziliśmy ze śpiewem i w terenie przeprowadzane były różne zajęcia praktyczne, szkolenie piechoty i służby granicznej itp. Uczono nas rzucać granatami, oczywiście bez zapalników. Była wstawiona faleza wielkości dużego człowieku w odległości 30 metrów, obrysowana białą farbą na trawie. Nasza drużyna słabo wypadła w tym szkoleniu, tylko ja jeden z dziesięciu zdobyłem stopień na piątkę. Porucznik kompanii był przy tym i obserwował rzuty. Rzucało siedmiu żołnierzy, ledwo na III stopień wypadli, porucznik zaczął krzyczeć na nas, a ja mówię, że jeszcze nie wszyscy rzucali, a on na to: Chodźcie i pokażcie. Wyszedłem z szeregu, położono trzy granaty i rzucam na komendę:
I rzut – granat upada obok tarczy; na piątkę.  
II rzut – granat trafia w pierś tarczy.
III rzut – granat znów trafia w tarczę i przewraca ją.
Porucznik od razu zmienił zdanie i powiedział, że jednak można osiągnąć cel. I tym sposobem uratowałem wyszkolenie drużyny. Innym razem na szkoleniu był temat: „Patrol w służbie granicznej”. Ja byłem przez porucznika wyznaczony do tej służby. Cały pluton z porucznikiem na czele szedł w tyle, do 100 metrów, i pilnie baczył. Trasa była po jednej i po drugiej stronie zarośnięta krzakami, moim zadaniem było dobrze obserwować wyznaczoną trasę. Miałem karabin na pas na ramieniu, nagle z krzaków wyskoczył przemytnik i od razu mnie zaatakował, próbując zabrać mi karabin. Wywiązała się walka między nami, on był fizycznie silniejszy ode mnie i zaczął się śmiać. Już prawie odebrał mi karabin, szczerzył zęby. Ja znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji. Nagle uderzyłem go silnie pięścią w te zęby. On zachwiał się, czapka mu spadła i odebrałem mu ten karabin, a on zaniechał śmiechu. Porucznik podał trzy gwizdy, aby przerwać akcję i nie dopuścić do dalszej walki. Nadchodzący pluton okrążył nas, porucznik zaczął odmawiać zajście, zadając pytania: Jak się zachował Łukasiuk na patrolu? Jeden z żołnierzy odpowiedział, że źle, bo w wojsku się nie bije. Pyta drugiego o to samo, on też mówi, że źle, że nie powinienem uderzać pięścią w policzek. Pyta trzeciego, on również odpowiada, że źle, że trzeba było bronić się inaczej. Podsumowując całość akcji, porucznik stwierdził, że Łukasiuk (tak w szkole do nas mówiono) pełnił służbę graniczną, w czasie wykonywania swej czynności został niespodziewanie zaatakowany; nie mógł użyć swej broni, a że trafił na silniejszego fizycznie od siebie, w ostatniej chwili postanowił użyć pięści i tym sposobem nie oddał broni. W takich przypadkach wszystko należy robić, by nie oddać broni, i tu Łukasiuk dobrze się zachował. W wolnym czasie żołnierze dyskutowali o tym między sobą i jeden z żołnierzy powiedział temu, co chciał mi zabrać karabin: Ty ze Stasiem nie zadzieraj, on cię zawsze zagnie, w wojsku wprawdzie się nie można bić, ale on przed całym plutonem i porucznikiem dał ci w ryj, i został jeszcze za to pochwalony.
    Podam teraz inne zdarzenie: Brat mój Franciszek przysłał mi paczkę przez Władka Rucińskiego, który razem ze mną odchodził do wojska z Sokołowa Podlaskiego, a teraz był na urlopie. Władek przyniósł mi paczkę przed obiadem, gdy u nas w pierwszym plutonie panował ,,lotnik”. Ja nie miałem czasu z nim rozmawiać, musiałem szybko zrobić porządek, bo przede wszystkim łóżko miało być pościelone, a ono było całe wywrócone, takie rzeczy miały miejsce w wojsku. Do paczki też nie mogłem zajrzeć, bo już była zbiórka na obiad. Czułem, że na pewno jest tam kiełbasa wiejska, którą bardzo lubiłem. Po obiedzie zajrzałem do paczki i rzeczywiście była tam kiełbasa, ale znów nie miałem czasu jej spróbować, bo już był gwizdek na wymarsz ćwiczebny plutonu. Więc postanowiłem wziąć ją do kieszeni munduru, i z tą myślą, że w polu coś zjem i podzielę się z kolegami, poszedłem na zbiórkę. Na miejscu przeznaczenia pluton zatrzymał się i ustawił się dwuszeregu, ja zawsze byłem w pierwszym. I wtedy dowódca wydał komendę: Pierwszy szereg do przodu! I tak się złożyło, że ja stałem akurat naprzeciwko niego. Padła druga komenda: Wszystkie kieszenie od munduru wywrócić na drugą stronę do kontroli! A ja kieszenie munduru miałem pełne kiełbasy z tej otrzymanej paczki! Zawahałem się chwilę. Zostało to zauważone i dowódca krzyknął na mnie, żebym też wywrócił kieszenie, więc musiałem to zrobić razem z całym plutonem. Kiełbasa wypadła na trawę, nie było innego wyjścia… Dowódca zaczął mnie wyzywać, że jestem maminsynkiem i że prosi mnie też o takie paczki, bo jest bardzo głodny, itp. Po skończonej przemowie odszedł na drugi koniec, a ja zabrałem to wszystko do kieszeni. Takie przypadki były i najadłem się trochę wstydu, bo przecież ja nie prosiłem o żadne paczki z domu, taki był zbieg okoliczności…
     Skoro jesteśmy przy jedzeniu, podam inny przykład: Wieczorem na kolację zazwyczaj była kasza i cały pluton ją jadł. Wszystko było przygotowane przez drużynę służbową, żołnierze przy jedzeniu prowadzili cichą rozmowę, jeden zaczął mówić, że w tej kaszy są robaki, ja ich nie widziałem i normalnie jadłem dalej. On znów zaczął przygadywać o tych robakach, aż w końcu jeden żołnierz, Ślązak, wziął swoją miskę z kaszą i trzasnął go mocno w głowę, zalewając mu kaszą cały mundur. Nastąpiła przerwa w jedzeniu i za to wszyscy wyszliśmy ze stołówki na tor przeszkód, wiadomo, co to jest dla tych, co służyli w wojsku. Żołnierze często nucili sobie:
Rano kasza, wieczór kasza,
Pier… dola nasza.
     Ogólnie życie w wojsku nie było takie złe, w szkole podoficerskiej mieliśmy biały chleb i dodatek graniczny.

Koniec służby podoficerskiej,
wyjazd na strażnicę

 
      W toku dalszej służby nie byliśmy głaskani, trzymali nas krótko, szorowaliśmy podłogi z drewna i wykonywaliśmy różne prace porządkowe w kompanii. Za to co niedziela chodziliśmy do kina na Zasanie, po drugiej stronie kładki na rzece San. Mieliśmy mundury wyjściowe przeznaczone do takich różnych uroczystości, jak akademie itp.
      Pewnej niedzieli był normalny gwizdek przygotowania się do kina. Ja postąpiłem bardzo źle i za to poniosłem bardzo srogą karę, ponieważ na sali powiedziałem około czterdziestu żołnierzom, że co niedziela chodzimy do kina, a czy nie mogliby nas zaprowadzić do kościoła? W kinie pokazują nam tylko kołchozy i Stalina… Do kina poszedłem normalnie z kompanią, lecz już wiedziałem, że źle postąpiłem, ponieważ na sali było bardzo dużo PZPR-owców, a ich zadaniem było donosić. Wiedziałem o tym, lecz nie mogłem się od tych uwag powstrzymać. Zaraz po niedzieli mieliśmy szkolenie całej kompanii, „natarcie” na wzgórze koło Przemyśla. Wiadomo, jak wyglądaliśmy po powrocie do koszar, była jesień, a do tego deszczowy dzień, więc byliśmy dobrze zmoknięci. W koszarach służbowy od razu kazał mi się stawić u oficera, bez informacji wiedziałem o co chodzi. Czym prędzej umyłem się w ogólnej umywalni, oczyściłem nieco mundur, ponieważ był cały mokry, przeciągnąłem pas i sprawdziłem, czy wszystkie guziki są zapięte. Pukam do drzwi, trzaskam kopytami i mówię, że Łukasiuk melduje się na rozkaz. Porucznik spojrzał na mnie groźnie i pyta, czy chcę być w szkole podoficerskiej, to ja odpowiedziałem, że chcę. Zerwał się z krzesła i krzyczał, że nie będę w tej szkole! Kazał mi oddać mundur galowy do magazynu i powiedział, że mam wyjechać jutro na strażnicę. I taki był koniec mojej szkoły podoficerskiej, chociaż byłem dobrym żołnierzem i we wszystkim sobie bardzo dobrze radziłem, i jeszcze pomagałem innym.
     Wyjechałem na strażnicę, być może się mylę, ale ta miejscowość nazywała się Kalników, było tam około dwudziestu żołnierzy. Zameldowałem się u dowódcy i od razu zostałem włączony do całości. Zauważyłem, że na strażnicy nie ma takiego rygoru i dyscypliny, jak w kompanii, przeważnie stary rocznik. Źle zostałem potraktowany, oni się mnie bali. Nie bardzo chcieli ze mną rozmawiać, uważali mnie za szpicla, który będzie ich śledził i donosił na wszystko. Poszedłem z drugim żołnierzem na patrol po granicy od styku do styku. Wróciłem bardzo zmęczony, a po nim nie było tego widać. Oni byli już do tego przyzwyczajeni. Byłem bardzo niezadowolony z tej służby, ale co miałem robić, nie było nikogo, żeby się pożalić... Pomyślałem sobie: jak mi przyjdzie do końca służby tak służyć, to będzie bardzo trudne.
       Po kilku dniach żołnierze zaczęli mnie akceptować i ufać mi, poszedłem z jednym na służbę, w innym kierunku, a on mi wytłumaczył, że pójdziemy po długiej trasie, tam jest stodoła i w niej się prześpimy. Weszliśmy do środka i w słomie spaliśmy do rana. Rano wróciliśmy ze służby, meldując, że na trasie naszego kierunku nic poważnego nie zaszło, ale gdyby nas ktoś zauważył i skontrolował, to byłby poważny kłopot grożący więzieniem. Pewnego dnia wszedł na naszą salę oficer, przyjechał z Przemyśla i mówi, że potrzebuje dwóch ochotników na kurs łączności. Ja pierwszy zgłosiłem się i zaraz przyjechałem z powrotem do Przemyśla.
      Znalazłem się więc ponownie w Przemyślu. Na kursie łączności było nas dwudziestu żołnierzy. Zajęcia przeważnie mieliśmy w salach wykładowych przy ul. Sienkiewicza. Wykłady dotyczyły budowy stałych linii telefonicznych, to znaczy kopanie dołów, wstawianie słupów, wchodzenie na słupy w słupołazach z pasem bezpieczeństwa i karabinem na plecach itp. Ja sobie w tych zajęciach dobrze sobie radziłem. Miałem dobrą pamięć, dokładnie słuchałem wykładów i robiłem sobie notatki i zawsze gdy ktoś nie wiedział z teorii, ja wiedziałem, Z początkiem lata rozpoczęliśmy budowę linii telefonicznej z Przemyśla do Leska. Nasze dwa przewody 4-milimertowe. zawieszone były pod poprzeczkami polotowymi, wierciliśmy otwory w drewnianych słupach i wkręcaliśmy haki z izolatorami, przymocowując do nich linię telefoniczną. Praca na ogół była łatwa, ale wymagała wysiłku fizycznego, a do tego była wydzielona dla każdego. Ja z Franusiem wchodziłem na słupy z pasem bezpieczeństwa i z karabinem na plecach, wiercąc dziury i wkręcając haki z izolatorami. Słupy były bardzo twarde, a świdry nasze były słabe, często pękały w czasie wiercenia. Pewnego razu, gdy przechodził porucznik Kamieński, który kierował tą pracą, powiedziałem ze słupa: Ostatni świder mi pękł, czym teraz będę wiercił? Dostałem odpowiedź: Kut… będziesz wiercił. Ten oficer nie miał u nas uznania, nie umiał współżyć z żołnierzami, w terenie nazywaliśmy go ,,Pikus”, słowo pochodzące od… Po ukończeniu budowy wróciliśmy do koszar i dalej kończyliśmy 6-miesięczny kurs podoficerski. Zbliżał się egzamin, ja jak zwykle nie miałem kłopotu z zaliczeniem, wielu żołnierzy przychodziło do mnie po pomoc i ja im tłumaczyłem, jak należy odpowiadać, dużo dobrze mówić o Związku Radzieckim i Stalinie. Dwa dni przed awansem spotkałem znanego oficera, porucznika Filka, oddałem mu honor, a on zauważył u mnie nie dopięty pas i ukarał mnie za to myciem podłogi. Wykonałem rozkaz i zameldowałem się w kancelarii. Przyszedł, sprawdził i kazał mi szorować podłogę jeszcze raz za niedokładne wykonanie zadania. Na nowo zmoczyłem podłogę i wtedy już było dobrze. 7 listopada 1950 roku na akademii odbyły się uroczystości i wielu żołnierzy awansowano. Tylko ja z całego naszego kursu podoficerskiego otrzymałem stopień kaprala, a reszta żołnierzy dostała stopień strzelca. Oficer, który mnie myciem sali ukarał, pierwszy podszedł do mnie i złożył mi gratulacje z powodu awansu i powiedział, że mnie ukarał tak specjalnie, żebym wymagał tego od żołnierzy.
   Po awansie należałem do kompanii telefonicznej, w której dowódcą był kapitan Fraś. Miałem swoją drużynę składającą się z dziesięciu żołnierzy. Nasza kompania wyjechała na trzy dni w okolice podkarpackie w celu wzmocnienia granicznego przeszukania i skontrolowania podejrzanych miejsc. W mieście Olszanica moi żołnierze prowadzili starszą panią. Zatrzymałem ich i zapytałem, czego oni chcą od tej osoby. Dostałem odpowiedź od jednego z żołnierzy: Ta baba jest podejrzana i prowadzimy ją do porucznika. Od razu krzyknąłem na niego: To nie żadna baba, tylko pani, jak wy się zachowujecie! No to oni powiedzieli, że wydaje im się podejrzana. To ja powtórzyłem: Podejrzana?. Ja się tą panią sam zajmę. Starsza pani ok. 80 lat trzęsła się z przerażenia. Zapytałem ją grzecznie, skąd idzie, powiedziała mi, że od sąsiadów. Spytałem: Po co pani tam szła? Dostałem odpowiedź: My razem obrabiamy ziemię, raz oni dadzą nam konia, drugi raz my im. To zadałem jej pytanie: „Czyli pracujecie wspólnie? Odpowiedziała: Tak. Spytałem, gdzie mieszka, a gdy dostałem odpowiedź, powiedziałem jej, żeby powróciła do domu i dwie godziny nie spotykała się z żołnierzami. Wtedy nieznajoma podeszła i chciała mnie pocałować w rękę, na co nie pozwoliłem. W Polsce Ludowej wszyscy byli podejrzani, ja też… Takich i innych akcji mieliśmy wiele i jeszcze dokładnie je opiszę.
     Pewnej niedzieli kapitan Fraś udzielił przepustki na miasto wszystkim podoficerom kompanii oprócz mnie. Było mi trochę przykro… Gdy spotkałem go na korytarzu, oddałem mu honory i przy okazji zapytałem, jak to jest, że moi koledzy poszli na przepustkę, a ja jeden nie. Odpowiedział mi, że nie mógł nas wszystkich puścić, więc zostawił mnie, abym dopilnował całej kompanii, i dodał, że w innym czasie dostanę przepustkę. Przepustki były bardzo rzadko udzielane, a urlopy były tylko w nagrodę, wielu więc żołnierzy i podoficerów w czasie swej służby na urlopie nie było.


Kto służy w wojsku WOP,
Niech zapomni o urlopie.


   Za miesiąc tylko ja dostałem urlop i to na osiem dni. Przyjechałem do swojej rodzinnej miejscowości, odwiedziłem rodzinę i całe otoczenie. Byłem bardzo ładnie ubrany i bardzo dobrze się prezentowałem. Zauważyłem duże zmiany, wiele młodzieży wyjechało na zachód, głównie do Warszawy. W Warszawie miałem siostrę Stanisławę. Przed końcem urlopu odwiedziłem ją i omówiłem sprawy przyjazdu do Warszawy na stałe za rok po ukończonej służbie wojskowej. I wróciłem do swojej jednostki wojskowej.
      Po powrocie z urlopu zameldowałem się w kompanii. Kapitan Fraś zmienił mi zakres służby z dowódcy drużyny na dowódcę plutonu, przydzielił mi cały pluton! Ja początkowo zaprotestowałem, powiedziałem, że nie dam sobie rady z całym plutonem. Kapitan stanowczo powiedział, że to rozkaz i że dostanę dwóch kaprali do pomocy. Dwóch kaprali zameldowało się u mnie. Jeden z nich to był mój dobry kolega, A. Górski, który razem ze mną odchodził do wojska z Sokołowa Podlaskiego. Był bardzo zdziwiony i pytał, czy to sen, czy jawa, meldując się u mnie jako dowódcy plutonu. Podzieliłem pluton na połowę i poznałem ich z żołnierzami, którzy do nich należeli. Oni obaj byli bardzo zadowoleni, byli moimi dobrymi znajomymi i mogłem na nich liczyć. Spełniali dobrze swoje obowiązki i nie miałem z nimi żadnych kłopotów. Ja zawsze musiałem czuwać nad całością i mieć konspekt dotyczący zajęć w terenie, napisany i podpisany przez dowódcę kompanii. Czas służby płynął, po kilku miesiącach mój pluton wyjechał do miejscowości Cisna z zadaniem budowy stałej linii telefonicznej do poszczególnych batalionów. Zastępowałem tam porucznika Stepułę, który kierował całym odcinkiem budowy. Ja żadnej pracy fizycznej nie wykonywałem, tylko wyznaczałem, kto co ma robić, zachowując warunki BHP.
    Ogólnie praca była ciężka. Kopanie dołów, stawianie słupów w terenie górzystym dało się żołnierzom we znaki. Święta państwowe i niedziele mieliśmy wolne, chodziliśmy łowić ryby nad Soliną. Łowienie było proste. Żołnierze górale wchodzili do rzeki, która była bardzo płytka, wkładali ręce pod kamienie i wyrzucali duże i ładne pstrągi na brzeg, a ja wkładałem je do torby.
    Pewnego razu gdy łowiliśmy ryby, zauważyłem kapitana Brzoskiego, który był wykładowcą w szkole podoficerskiej. Podszedłem do niego i zameldowałem się wraz z żołnierzami. Kapitan podał mi rękę i zapytał, czy dostałem nagrodę pieniężną, bo on mnie podał. Ja podziękowałem, ale powiedziałem, że żadnych pieniędzy nie otrzymałem. Dostałem odpowiedź, że on dziś pojedzie do Przemyśla i je sprowadzi. Rzeczywiście, nagroda była mi przyznana, otrzymałem ją przed odejściem do cywila. Bardzo mi się przydała, gdy kupowałem sobie płaszcz. W Cisnej w porze obiadowej nasze namioty niespodziewanie skontrolował dowódca jednostki, pułkownik Kujon. Naszego porucznika nie było, więc wszystko spadło na mnie.
     Zrobiłem zbiórkę plutonu, ustawiłem ich w dwuszeregu, dokonałem innych czynności z tym związanych i przystąpiłem do meldunku. Zameldowałem jak należy, pułkownik podszedł do żołnierzy i zaczął ich pytać z regulaminu służby granicznej. Pyta jednego, nic nie umie, pyta drugiego, ten też stoi na baczność i nic nie odpowiada, pyta trzeciego, on też nic nie wie, więc od razu do mnie (nie znał dobrze języka polskiego): „Waszu żołnierzu nic nie umiejt. Ja również przyjąłem postawę zasadniczą i odpowiedziałem: Pułkowniku, my już trzeci miesiąc budujemy stałą linię telefoniczną i żołnierze zapomnieli o regulaminach służby granicznej. Na to dostałem odpowiedź: Nie tylko telefony są, a i służbu granicznu nada znać. Mieliśmy wielu dowódców jednostek w Polsce, którzy języka polskiego dobrze nie znali. Ogólnie wszystko dobrze się skończyło.
    Wieczorami po kolacji paliliśmy ognisko, żartując między sobą i śpiewając:


Tam nad Sanem w dolinie siedziała
Dziewczyna, była piękna jak różany kwiat,
Kwiaty i róże zbierała…


   Pewnej nocy nad Podkarpaciem przeszła silna burza z wiatrem i piorunami, powodując wiele szkód, a przy okazji uszkodziła naszą linię telefoniczną. Dowódca postanowił wysłać mnie do naprawy, przygotował mi samochód z kierowcą, który czekał na mój sygnał do odjazdu.
    Wybrałem sobie trzech żołnierzy, wzięliśmy z magazynku bloki, łopatę i inne narzędzia. W pewnej chwili zauważyłem, że na miejscu obok kierowcy siedzi mój żołnierz, więc zwróciłem mu uwagę, że to nie dla niego miejsce. Samochód był duży, kryty plandeką, ja już miałem usiąść obok kierowcy, ale coś mi mówiło, żeby obok kierowcy nie siadać.
     Postanowiłem, że kierowca będzie sam, a ja z żołnierzami z tyłu. Dałem sygnał do odjazdu. Kierowca ruszył ostro, przejechał może dwa kilometry i nagle wpadł w ostry zakręt, usłyszeliśmy pisk hamulców, trzask, my w samochodzie poturbowani, do góry nogami, samochód przewrócił się do góry kołami, a my jesteśmy w rowie z rozbitym samochodem.
      Na szczęście byliśmy tylko lekko poszkodowani, obroniła nas plandeka. Pierwszy wylazłem z samochodu, kierowca stał już obok z opuszczoną głową. No więc zapytałem: Co się stało, że jesteśmy w rowie? Kierowca odpowiada: Za prędko jechałem, nie mogłem się wyrobić na zakręcie. Miałem dwa wyjścia, pierwsze – trzasnąć w ten wóz z dziećmi kolonijnymi, który był na zakręcie, albo drugie – trzasnąć w słup nad rowem, rozbijając samochód. Odpowiedziałem mu, że dobrze zrobił, że wybrał to drugie, bo co by było, gdybyśmy trzasnęli w te dzieci. Były przestraszone. Wtem nadjechał ambulans wojskowy i zajął się nami, opatrując lekkie stłuczenia głowy. Podszedłem blisko samochodu i zobaczyłem, że samochód uderzył w słup dokładnie tam, gdzie wcześniej siedział żołnierz i gdzie miałem siedzieć ja. Jednym słowem, ocaliłem życie żołnierzowi i sobie. To chyba modlitwy mojej mamy przyczyniły się do tego, żem ocalał z tego wypadku.
    Po tygodniu pracy powróciliśmy do koszar w Przemyślu i tam nieco odpoczęliśmy od budowy linii telefonicznej.
   Po dwóch dniach wezwał mnie kapitan do kancelarii i powiedział, że wyznaczył mój pluton do wykonania na stadionie w Przemyślu pewnej pracy na bieżni, która nie była jeszcze dokończona. Nie było dyskusji, odpowiedziałem: Tak jest. I wyruszyłem z plutonem. Na stadionie przystąpiliśmy do pracy, każdemu wyznaczyłem, co ma robić. Panował tam bałagan. Należało taczkami wozić tłuczeń kamienny pod bieżnię stadionową. Były dwie duże kupy tego tłucznia. Powiedziałem żołnierzom, że powinniśmy to wykonać i znaleźć jeszcze wolny czas na odpoczynek. Pracę dobrze zorganizowaliśmy i tak się stało, że wszystko wykonaliśmy i została jeszcze cała godzina na odpoczynek…
    Wracaliśmy do koszar. Już w bramie wyjściowej zauważyłem samochód dowódcy jednostki, wyjeżdżający drugą bramą w kierunku, gdzie pracowaliśmy. Po powrocie zameldowałem się w kompanii. Apel wieczorny jak prawie nigdy organizuje kapitan kompanii. A to ciekawe... Cała kompania ustawiona z dowódcami plutonów w należytym rynsztunku. Kapitan wyszedł z kancelarii z książką pod pachą i stanął przed kompanią. Padła komenda: Baczność! Dowódca jednostki, pułkownik Kujon, udzielił pochwały z wpisaniem do akt:
Dowódcy plutonu, kapralowi Łukasiukowi, za dobrą pracę wykonaną przy budowie stadionu. Ja byłem nieco zdziwiony, ale nie zdobyłem się na to, żeby zaprzeczyć, i trzasnąłem butami. Ku chwale ojczyzny, odpowiedziałem. Apel został zakończony.
    Otrzymanie pochwały od dowódcy jednostki nie było takie proste, taka pochwała miała znaczenie i liczyła się bardzo. I znów kapitan wezwał mnie do kancelarii i przydzielił inne zadanie: miałem pojechać z plutonem na akcję graniczną z kompanią szkolną z innym dowództwem w okolice Bieszczad, tam, gdzie teraz jest elektrownia, około 150 kilometrów od Przemyśla. Należało wybrać ostrą amunicję, dwa granaty dla każdego, jeden obronny F1 i suchy prowiant. Samochód podjechał i załadowaliśmy się na przygotowane miejsca. Przypomniałem żołnierzom o dobrym zabezpieczeniu broni w czasie podróży.
   W momencie wyjazdu pogoda była ładna, ale już na miejscu zaczął padać deszcz i padał kilka dni. Mój pluton miał za zadanie przejść przez Solinę (była bardzo płyciutka, po kostki) i zająć stanowiska obserwacyjne terenu. Cała zaś kompania porucznika Hajnowicza zajęła stanowiska po drugiej stronie rzeki. A w górach to jest tak, że jak padają deszcze, zaraz podnosi się poziom wód. Deszcze padały długo, skończył się nam prowiant, już trzeci dzień nie mieliśmy co jeść ani pić, z kompanią nie mieliśmy kontaktu. Woda nas podzieliła. Ludności cywilnej tam nie było, została wywieziona na zachód w 1947 roku, bo trwały walki z Ukraińcami, organizacja UPA dokonywała różnych morderstw na Polakach. Moi żołnierze zostali i ja razem z nimi, przygnębieni głodem, coraz bardziej niezadowoleni, zaczęliśmy chodzić i szukać wyjścia z tej sytuacji.
     Po drugiej stronie rzeki zauważył nas porucznik i zaczął krzyczeć na nas, więc podszedłem na brzeg rzeki, a on dał mi rozkaz, abym z całym plutonem przeszedł przez wodę do niego. Poziom wody był dość duży, więc żołnierze odmawiali wykonania mego rozkazu, po prostu bali się wody. Ja postanowiłem być twardy i pierwszy wszedłem do wody, a żołnierze weszli za mną. Wody było po pas. Po wyjściu z rzeki ustawiłem pluton i zameldowałem się. Porucznik zamiast nam współczuć, że trzy dni nic nie jedliśmy, zaczął mnie rugać i wyzywać, bo jego kompania miała prowiant. Po prostu zaczął mnie straszyć więzieniem.
    W końcu mu powiedziałem: Skończył pan? Jak pan dowodzi tym zgrupowaniem? Nie mógł pan przesłać trochę żywności w plecakach, wiedząc, że jesteśmy głodni od trzech dni? A on mi na to: Widzicie, jak poziom wody się podniósł, nie można było przejść. To krzyknąłem na niego basem: My przeszliśmy! Jest pan nieudolnym oficerem i organizatorem! Jak on to usłyszał, chwycił za kaburę i pistolet i powiedział, żebym przestał, bo mnie zabije!
     Wszystko to działo się przed całym moim plutonem, a dwóch żołnierzy powiedziało w wolnym czasie: Gdyby on cię zranił lub, nie daj Boże, zabił, toby on cały nie odszedł, na miejscu zostałby zabity. Może ktoś, czytając te słowa, powie, że bajki opowiadam. A to było faktem, który nie podlega dyskusji.
   Po tym wszystkim wróciliśmy do Przemyśla, do swojej kompanii i normalnych zajęć w plutonie. Zbliżał się koniec służby wojskowej, zaśpiewaliśmy sobie:       

Te parę miesięcy przeminie jak sen
i nic się nikomu nie stanie.
Służba się skończy nadejdzie ten dzień
i każdy cywilem zostanie.


    I właśnie miałem służbę podoficera w kompanii. Rano prowadziłem całą kompanię na stołówkę czwórkami. Podoficerowie poszli sobie wolno, nie wstępując do szeregu, choć w zasadzie powinni. Śniadanie się odbyło, cała kompania wyszła, a ja zacząłem robić zbiórkę kompanii do powrotu. Nagle zjawił się porucznik Hajnowicz, ten z akcji bieszczadzkiej. Oddałem mu honory, a on od razu zaczął na mnie krzyczeć, że nie zachowuję dyscypliny, podoficerowie nie idą razem z kompanią. Ja mu energicznie odpowiedziałem że ja nie muszę słuchać poniżeń i uwag, że on nie jest moim przełożonym. Na co on odrzekł, że bierze nas pod swoją komendę. Znałem regulaminy i jeżeli bierze nas pod swoją komendę, musiałem wyrazić zgodę. Wszystkich nas czterech zabrał do swojego bloku i tam z nami przeprowadzał musztrę. Popełnił błąd: cała kompania została bez dowództwa, a żołnierze robili, co chcieli. Po pewnym czasie kapitan Fraś dowiedział się o tym i zadzwonił do szefa łączności, majora Grabowskiego, który szybko przyjechał do nas samochodem i popatrzył, jak Hajnowicz przeprowadzał z nami musztrę. Porucznik zameldował się majorowi. Major Grabowski miał bardzo donośny głos i od razu ryknął na Hajnowicza: Co wy się wpier… do kompanii łączności, jakim prawem karzecie moich podoficerów, kto wam na to pozwolił, ja od tego jestem i dowódca Fraś! Nie dał mu dojść do słowa, a nas od razu zwolnił. Major Grabowski był bardzo ceniony przez wszystkich żołnierzy.
     Wstrzymany bez podoficerów tok zajęć kompanijnych teraz został wznowiony. Żołnierze zawsze mieli zajęcie, w salach wykładowych odbywały się różne pogadanki dotyczące zagadnień politycznych i regulaminowych. Szczególnie agitowano nas do służby zawodowej. Ja odpowiadałem, że mam swój zawód w obuwnictwie. Na to słyszałem: Po co mieć do czynienia z kopytami, dostaniesz takie kopyto trzepiące po kaburze pistoletu. Dla mnie zawodowstwo w owym czasie źle by się skończyło, choć w młodych latach o tym marzyłem…
     Nie pozostało mi nic innego, jak tylko czekać do końca służby, a został niecały miesiąc. Za kilka dni kapitan zlecił mi, że mam pojechać z nim na strzelnicę i dokonać próby karabinów do strzelania. Mieli też być strzelcy wyborowi. Rozwinąłem linię kablową, nawiązując łączność na przestrzeni 300 metrów. Zameldowałem, że łączność gotowa, i przystąpiliśmy do strzelania. Myślałem, że strzelanie rozpoczną strzelcy wyborowi, a tymczasem kapitan mówi, żebym ja zaczynał. Karabinów było kilkanaście, wziąłem pierwszy, podałem komendę: Baczność! Strzelamy! Chować się! i oddałem pięć strzałów na 100 metrów. Krzyknąłem, żeby pokazali wynik. Dwaj żołnierze sprawdzili tarczę, zamachali chorągiewkami i krzyknęli głośno, że nie ma w tarczy żadnego śladu. Leżałem jeszcze na stanowisku i powiedziałem do kapitana, że to niemożliwe, żebym na 100 metrów w tarczę nie trafił. Powiedział do mnie, abym odłożył ten karabin, ale obok kapitana stał starszy sierżant i zaproponował, że on to sprawdzi. Kapitan wyraził zgodę. Zajął więc stanowisko po mnie, ładuje karabin i pięć razy strzela na tę odległość. Żołnierze podchodzą do tarczy, machają i krzyczą, że też nie ma, a do niego przy kapitanie: Coście mądrego pokazali? On głowę spuścił i nic nie odpowiadał. Ja jeszcze dodałem: Filozof się znalazł. Kapitan się uśmiechnął i nic nie odpowiedział.
     Dwa dni przed odejściem do cywila spotkał mnie żołnierz, starszy strzelec, dobry przyjaciel za rekruta, i powiedział do mnie z przerażeniem: Stasiu, ciebie chcą zatrzymać. Ja pytam: Skąd to wiesz? Opowiedział: Ja jestem pisarczykiem i w sztabie słyszałem twoje nazwisko, dotyczące ciebie. Przeglądają twoją dokumentację, dyskutują między sobą, to się i dowiedziałem. Na pewno coś tam było i domyślam się, kto się do tego przyczyniał, ale chyba pochwała dowódcy jednostki zadecydowała, żem szczęśliwie powrócił do cywila.
     Miałem już ładne nowe ubranie, które mi brat przysłał, i wyglądałem przyzwoicie. 17 października 1951 roku orkiestra odprowadzała nas na dworzec w Przemyślu do odjazdu. Dosyć dokładnie opisałem całą służbę, miałem ją mozolną, trudną i niebezpieczną, ale szczęśliwie wróciłem do rodzinnych stron.          



Koniec służby wojskowej,
powrót do cywila


      Rodzice wraz z opiekującym się nimi bratem Franciszkiem wiedzieli, że do nich wracam.
      Zrobiłem sobie urlop, odwiedziłem znajomych i zacząłem się zastanawiać, co mam czynić na przyszłość. Ponaprawiałem obuwie domownikom i rodzinie mieszkającej w pobliżu, nawet zarobiłem parę złotych, które były mile pożądane. W ogólnej rozmowie powiedziałem, żeby nie myśleli, że ja tu długo będę siedział, najwyżej miesiąc, a ojciec opowiedział: Siedź tu, nigdzie nic lepszego nie znajdziesz. Ja jednak postanowiłem inaczej, już z siostrą Stasią miałem wszystko ustalone. Wyjechałem do Warszawy.
 Mama moja dała mi pościel, poduszkę, kołdrę i wiele innych rzeczy i wyjechałem.
     Na dworcu w Warszawie spotkaliśmy się ze Stasią, znalazła już dla mnie mieszkanie blisko niej na Ochocie, w pobliżu ulicy Grójeckiej. Potem pojechaliśmy na Podwale i otrzymałem tam pracę w swoim zawodzie w Spółdzielni Przemysłu Skórzanego na dolnym Mokotowie przy ulicy Stępińskiej 11. Ze Stasią spotykaliśmy się codziennie, razem się stołowaliśmy tam, gdzie ona mieszkała.         
       W tej swojej pierwszej pracy zastałem dużo pracowników, przeważnie starszych w latach inwalidów. Pracowało też wielu ludzi w moim wieku, z którymi nawiązywałem kontakt. Praca była pół zmechanizowana, pół ręczna. Ja wykonywałem pracę ręczną, choć była tam maszyna kołkowaczka do przybijania podeszew, ale nikt na niej nie mógł pracować, bo była trudna do opanowania.  
     Pewnego dnia na sali produkcyjnej był prezes spółdzielni, Władysław Kostecki, jak się później dowiedziałem, dobry organizator i miał duże zasługi w jej powstaniu. Zauważył mnie, wiedział, że wróciłem z wojska, i od razu do mnie mówi: Kto nie da rady pracować na tej kołkowaczce, to nie, ale wy musicie sobie z nią poradzić i pracować na niej, ja na was liczę. Odpowiedziałem, że się postaram to uczynić. Maszyna była starej konstrukcji amerykańskiej, często się psuła, była skomplikowana, wymagała cierpliwości przy obsłudze, ale nie załamywałem się. Po miesiącu przy pomocy mechanika opanowałem ją, i wiele innych tutejszych maszyn też. Odbiło to znacząco się na produkcji, po prostu rozwiązałem trudny etap, który był hamulcem w wykonywaniu planów.
     Prezes Kostecki przedstawił mnie do odznaczenia państwowego, otrzymałem odznakę Przodownika Pracy, należałem do Stołecznej Rady Narodowej, miałem kontakt z ludźmi na stanowiskach, w urzędach i rozpocząłem staranie o przyznanie mi mieszkania, ale to tak szybko nie nastąpiło.
 Często z siostrą Stasią jeździliśmy odwiedzać rodziców, obarczonych wiekiem na prowincji. Moja mama prosiła mnie na osobności, abym pomógł Stasi kupić buty i palto, ponieważ ona mało zarabia. Ja się na to zgodziłem, buty jej zrobiłem sam, bardzo ładne, a palto, też nowe na skórkach, kupiłem na raty, była bardzo zadowolona. Stasia dużo mi pomogła w sprowadzeniu do Warszawy, wielu osobom z rodziny, a nawet i obcym też pomagała .
     Czas płynął, zacząłem myśleć o ożenku. Brat Józef mieszkał w Sabniach, w rozmowach ogólnych dowiedział się o pannie mieszkającej w Warszawie. Poznał nas! Z tej znajomości powstało narzeczeństwo, chodziliśmy z sobą około roku i powstało małżeństwo: Jadwiga Mieczkowska została moją żoną.

Pieniądze na ożenek miałem, dostałem dużą dywidendę z pracy, nie miałem żadnych kłopotów z urządzeniem wesela, które było wspólne i odbyło się 6 czerwca 1954 roku w jej mieszkaniu przy ulicy Krochmalnej. Sam ślub odbył się w kościele na Chłodnej, gości weselnych było około czterdziestu osób.
     Po weselu sprowadziłem się na Krochmalną, mieszkaliśmy tam w cztery osoby, ja z żoną Jadzią, jej siostrą Henryką i bratem Józefem, zwanym Ziutkiem. Mieszkanie składało z dwóch mieszkań, około 50 m2, bez wygód, ubikacja była wspólna na korytarzu. W kuchni w korycie leżało około tony węgla. Pytam: Dlaczego ten węgiel tu leży? Dostałem odpowiedź, że nie ma piwnicy i nie ma na nią miejsca. Pomyślałem sobie, że może coś się uda z tym zrobić.
      Poznałem dozorcę tego bloku i pytam go o miejsce na piwnicę, on mi odpowiada: Tu nie ma gdzie, ale można by na półpiętrze… to będzie kosztować. Spytałem: Wykonacie to?, odpowiedział: Tak, ale musi pan mi dostarczyć trochę desek i cementu do wymurowania małej ścianki. O deski się postarałem dość łatwo, ale gorzej było z cementem, trudno było go kupić. U mnie w pracy robiono remont tynków, ogólne odnawianie i widzę: dużo worków cementu leży… Wtem spotykam wiceprezesa, kłaniam się i pytam: Panie prezesie, może pan mi sprzeda worek cementu? Mam kłopoty z kupnem. Prezes mi odpowiada: Ja sprzedać panu nie mogę, ale mogę panu pożyczyć. I worek cementu wziąłem i tramwajem przywiozłem do domu.
       Od razu wiadomo było, że ten worek cementu pożyczony został na wieczne nieoddanie, takie były czasy. Po tygodniu piwnica była gotowa do użytku, cały węgiel wyniosłem i powiększyła się kuchnia. Okazało się, że była to najlepsza piwnica w tym bloku. Kupiłem ładną, kafelkową kuchnię przenośną i wstawiłem ją do pokoju, żeby małżonka miała swoją. Pokój był duży. Z siostrą Jadzi niesnaski były i sprzeczki, zawsze jej było źle, po prostu była starą panną, miała chłopaka, nie wyszła za młodu za mąż, popełniając tym samym błąd. Ze mną często się sprzeczała, ja jej mówiłem, że tu długo nie będę mieszkał, dostanę mieszkanie, mam dobrze zaawansowane jego otrzymanie, a ona na to odpowiadała, że prędzej jej włosy na dłoni wyrosną, niż ja mieszkanie dostanę.
     Po roku urodził się nam Zbyszek, rodzina się powiększyła, byliśmy bardzo zadowoleni z syna. Nawet Henia go lubiła. Z Ziutkiem, bratem małżonki, zawsze dobrze żyliśmy, wspólnie się rozumiejąc. W pracy wszystko dobrze się układało, pracowałem w zespole dwóch kolegów, byłem frezerem, nie było żadnych kłopotów. Często były różne narady, masówki, pogadanki. Zawsze sekretarz partii głośno krzyczał: Towarzysze, musimy uczyć się rządzić!
     W 1956 roku urodziła się Ania, powiększając znowu naszą rodzinę, było coraz więcej kłopotów z mieszkaniem, aż w 1957 roku otrzymałem mieszkanie na Podskarbińskiej, dwa pokoje z kuchnią, z wszelkimi wygodami. I wyprowadzając się rozwiązałem niepomyślną sytuację. Heni włosy na dłoni nie wyrosły, a ja mieszkanie dostałem!
      Małżonka moja była z dziećmi na wsi, u babci, a ja postanowiłem sam się przeprowadzić. Poprosiłem kolegów z pracy, aby mi pomogli wnosić meble i przy okazji obejrzeli mieszkanie, zaprosiłem ich na parapetówkę. I mówię do starszego kolegi Józia, że nie bardzo jestem zadowolony z tego mieszkania, czwarte piętro bez windy… On popatrzył, pochodził po nim, był rodowitym warszawiakiem, w końcu odezwał się: Stasiu! Ty nie wiesz, coś ty dostał, gdyby przyszło na takie mieszkanie ci zapracować i kupić za własne pieniądze, to dopiero zrozumiałbyś, coś ty osiągnął. Żona po powrocie z małymi dziećmi do Warszawy miała nowe mieszkanie, które bardzo się jej podobało, miała wszystkie wygody, pożądane przy wychowywaniu dzieci. Z meblami było gorzej, nie można było ich nabyć, a chcieliśmy za wszelką cenę tego dokonać. Po dwóch latach urodziła nam się druga córka, Ewa, i było już na kogo pracować. Czasami przychodziła do nas siostra żony i pomagała przy dzieciach. Ja z całą trójką chodziłem na spacery do parku w pobliżu naszego bloku.
      Zaczęły się kłopoty z budżetem domowym, jedna moja pensja zaczęła być za mała na utrzymanie całej rodziny. Dobrze, że trafiłem na dobrą małżonkę, która była bardzo staranna i pracowita. Pomimo że przy dzieciach było bardzo dużo roboty, to ona postanowiła jeszcze wziąć chałupnictwo do domu, szyła na maszynie i tym sposobem rozwiązała trudności w utrzymywaniu rodziny. Dzieci nam się ładnie chowały i były zawsze zadbane, czyste i niegłodne. Bawiły się na podwórku pod oknami naszego mieszkania, zawsze mieliśmy je na oku, Ania i Ewa trzymały się Zbyszka, on był najstarszy i nigdy nie oddalał się od domu. Nasze podwórko dla dzieci było bardzo ładne, duże, słoneczne, z karuzelami, huśtawkami, piaskownicami, ławkami… Teraz jego wygląd zmienił się na gorszy. Zostało zaniedbane. Co prawda, teraz i dzieci jest mniej…
      Zaczyna się rok szkolny. Najpierw dla Zbyszka, za rok dla Ani, potem Ewy. Szkoła była bardzo blisko naszego domu, mama na początku przeprowadzała dzieci przez ulicę, aby uniknąć wypadków. Ja prowadzałem całą trójkę na lekcje religii do kościoła, przygotowując je do I Komunii Św.
Nauczyłem dzieci takiego wierszyka:


Rano rozważ,
Co masz czynić, nim
Postawisz krok na progu,
A wieczorem licz się Bogu,
I już lepiej ci obwinić w sercu
Siebie niźli bliźnich, kiedy noga
Się poślizgnie, nic nie poczyń bez
Rozwagi, Boga wzywaj do pomocy,
A nie zbraknie ci odwagi ani we dnie,
Ani w nocy.


      Często nasze dzieci wyjeżdżały na kolonie, nad morze, w góry, w Bieszczady, i zawsze były bardzo zadowolone. Raz ich odwiedziłem w Stoczku Łukowskim. Zawiozłem im słodycze, ciasto, które mama upiekła dla nich, itp. Ucieszyły się moim przybyciem, w końcu Ania mi mówi: Tatuś, tak bardzo bym chciała, żebyś był naszym wychowawcą na kolonii. Ja jej odpowiedziałem, że to jest niemożliwe, będę wychowawcą, jak z kolonii do domu powrócą. Dzieci wyjeżdżały też do swoich dziadków mieszkających na Podlasiu, w miejscowości Sabnie, co roku przebywały u nich dłuższy czas i było im tam dobrze.
       W pracy mojej zachodziły tymczasem zmiany na lepsze. Spółdzielnia zaczęła się powiększać. Przenieśliśmy się do nowo wybudowanego budynku przy ulicy Witolińską 43 o bardzo ładnych salach produkcyjnych i biurach na drugim piętrze. Warunki bez porównania tu były lepsze niż w starym zakładzie: te duże, dobrze oświetlone sale oraz nowy park maszynowy dawały możliwość zwiększenia produkcji i podniesienia jej jakości. Do tego wszystkiego przyczynił się prezes Kostecki. On też zorganizował technikum przemysłu skórzanego dla młodzieży i dorosłych, do którego i ja chodziłem.
     Nauka odbywała na miejscu, na drugim piętrze, w świetlicy. Spółdzielnia wszystkim uczniom kupiła książki zeszyty, wszystko, co było konieczne do nauki. Ukończenie technikum nie było takie łatwe i wielu z tego rezygnowało. Ja całe pięć lat chodziłem i ukończyłem je, choć końcowy egzaminacyjny rysunek techniczny pomógł mi wykonać brat żony, Ziutek. Po szkole od razu awansowałem na starszego mistrza montażu obuwia, zaopatrywałem też chałupników, jeździłem do nich do mieszkań, woziłem im elementy i odbierałem od nich gotową produkcję.
      W początkach 1975 roku przy przesuwaniu maszyn produkcyjnych uległem wypadkowi: zostałem przyciśnięty do parapetu okna i nastąpiło pęknięcie jelita. Byłem operowany w szpitalu, dwukrotnie, przetoka operacyjna goiła się bardzo długo na całym brzuchu. Jednocześnie nadmieniam, że z powodu tego wypadku przy pracy Obwodowa Komisja Lekarska do Spraw Zatrudnienia zaliczyła mnie do trzeciej grupy inwalidzkiej. Około dwóch lat byłem na rencie.
      W okresie długoletniej pracy zawodowej zajmowałem różne stanowiska: początkowo frezera montażu, starszego instruktora pracy rehabilitacyjnej i szkolenia inwalidów, starszego mistrza wydziału montażu od 1 stycznia 1982 roku, kierownika wydziału montażu i szwalni. Z nałożonych obowiązków wywiązywałem się dobrze. Byłem pracowity i zdyscyplinowany. Do PZPR nie należałem. Często z rodziną wyjeżdżałem na wycieczki, na grzyby, na wczasy nad morze, do Zegrzynka nad Zalew Zegrzyński. Na przestrzeni około 42 lat pracy różnie bywało, kłopotów było wiele, nie sposób tego wszystkiego szczegółowo opisać, ale cierpliwie znosiłem swój los, rozliczyłem się z pracą. Dziś tam, gdzie pracowałem, a był to jeszcze dobry budynek, pozostał pusty dół, zniknęło to wszystko, pozostała tylko pamięć.   
      Odchodząc na emeryturę, dostałem wiele pięknych kwiatów od kobiet pracujących w szwalni, od montażu, w którym najdłużej pracowałem i który sprawiał mi najwięcej kłopotów, oraz zegar, który do dziś wisi na ścianie, ale już bardzo słaby jest i ciągnie do końca tak jak i ja. Od Zarządu otrzymałem album z napisem:  

 
Szanowny Kolego!
Wasza pamięć jest wykładnikiem uznania
Wszystkiego, co najlepsze i co nas łączyło
na przestrzeni przepracowanych lat.
29 września 1989 roku

(podpisy Zarządu i Rady Spółdzielni)


    Po 21 latach wyrażam jeszcze raz podziękowanie wszystkim tym, którzy mnie znali, łącząc serdeczne pozdrowienia.


Sami na Podskarbińskiej


      Nasze dzieci po zawarciu związków małżeńskich osiadły w swoich mieszkaniach. Ewa wyprowadziła się z Warszawy do Berlina, tam z Burkhardem pracują i bardzo ładnie i wygodnie mieszkają. Ania i Zbyszek ze swymi rodzinami mieszkają w Warszawie, również w ładnych i wygodnych miejscach.
      Ze wszystkich najgorzej nam było mieszkać na stare lata na czwartym piętrze bez windy. Szczególnie mamie to się dało we znaki, w dodatku miała chore nogi, żylaki. Ja mówię, że to rehabilitacja chodzić tak po schodach, i z tym się godzę. Wprawdzie kiedy otrzymałem to mieszkanie, liczyłem na to, że w przyszłości zamienię je na niżej położone, ale tego nie zrealizowałem, i tak pozostało do dziś. Około 2000 roku zacząłem ze Zbyszkiem rozmowę na temat zamiany, ale on powiedział, że starych drzew się nie przesadza. W nowym osiedlu Terespolska było i jest do sprzedania wiele mieszkań małych, 32-metrowych, zaproponowałem swojej małżonce, że za nasze mieszkanie 52-metrowe moglibyśmy kupić takie, lecz ona kategorycznie się sprzeciwiła, bo gdzież ona to wszystko podzieje? I na tym zostało, po prostu nie miałem poparcia. Ania, kiedy mieszkała ze mną tydzień, nawiązała do zamiany, ale ja powiedziałem, że tak musi pozostać, nie będę czynił inaczej. W tym mieszkaniu dobrze mieszkaliśmy, wychowaliśmy trójkę naszych dzieci i szczęśliwie wszystko się dobrze układało. W takich warunkach żyją w Warszawie tysiące ludzi, i dobrze, i w moim osiedlu wielu tak mieszka, nie tylko ja. Uważam, że w moim życiu dokonałem wielu dobrych rzeczy, przyjechałem ze wsi do Warszawy, po wojsku nie miałem nic, zacząłem wszystko od zera. Rozpocząłem pracę, od razu okazałem się dobrym i zdolnym pracownikiem, wyróżniającym się wśród innych. Założyłem rodzinę, po kilku latach otrzymałem mieszkanie, w którym mieszkam, z trudem, ale jednak załatwiłem drugie mieszkanie dla syna, wiele było trudnych lat, ale wszystko wspólnie z Jadzią pokonywaliśmy. Ona była bardzo pracowita, dbała o dzieci, zawsze w domu wszystko było na czas zrobione, nikt nie był głodny, w trudnych latach, a lekko jej to nie przyszło, pracowała chałupniczo, dzięki temu miała swoją emeryturę,. Z dziećmi utrzymujemy dobre kontakty, przychodzą do nas często, powierzają swoje największe problemy i są chętni do pomocy. Zbyszek z Grażyną, oni zawsze są w pobliżu nas, blisko mieszkają i na nich najwięcej możemy liczyć. Nasze córki, wiadomo, Ewa mieszka na stałe w Berlinie, Ania też często wyjeżdża do Niemiec, tam są lepsze zarobki.
         Zawsze w święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc spotykamy się, wszelkie przyjęcia urządzane są przez mamę. Pragnę tutaj dodać, że mieszkanie nasze zostało wykupione, właścicielami zostaliśmy oboje i testamentem zapisane jest na syna, najstarszego z dzieci, który po naszym zejściu dokona sprzedaży i pieniądze podzieli na równe trzy części pomiędzy Anię, Ewę i siebie.
     Z biegiem lat nadeszła starość, a z nią różne choroby, szczególnie Jadzię zaatakowały żylaki i inne schorzenia, które dokuczały jej we wchodzeniu na czwarte piętro. Ostatnio zachorowała w szpitalu na Grenadierów, dużą pomoc okazała wtedy Grażyna: sprowadziła prywatnego lekarza, który poprawił stan zdrowia chorej. Ja natomiast traciłem przytomność, i to w kościele zdarzyło się kilka razy. Ostatnio z tego powodu byłem w szpitalu na Szaserów. Zatrzymano mnie na trzy dni, przebadano dokładnie i konkretnego nic nie stwierdzono. Przy wypisie pytam doktora Krzyżanowskiego, który mną się opiekował: Co mam czynić, nie chodzić do kościoła, bo tam się to zdarza? Lekarz odpowiada, że nie zabrania mi chodzić do kościoła, ale przed wyjściem z domu każe mi zjeść dobry posiłek, przyjąć leki, które mam przepisane, i napić się dostatnio, a ja tego nie czyniłem. Posłuchałem się lekarza, zmieniłem swoje postępowanie: wychodzę nie za często z domu i zawsze po wypiciu przynajmniej szklanki wody, i jest dobrze, aby tak dalej.     
       Ania nasza też poważnie zachorowała na cukrzycę i z nią są poważne kłopoty. Była dwa razy w szpitalu w związku z tą chorobą. W szpitalu na Grenadierów, będąc u niej z wizytą, spotkałem lekarza, który ją leczył. Był moim znajomym. Poszedłem do jego gabinetu, powiedziałem, że jestem ojcem Ani i prosząc o wiadomość o stanie zdrowia córki, zadałem mu pytanie: Dlaczego moja córka zachorowała na cukrzycę, co jest powodem powstania tej choroby? Młody lekarz uśmiechnął się do mnie i odpowiada: Panie, gdybym ja wiedział, skąd pochodzi cukrzyca i gdzie córka ją nabyła,, to bym dostał nagrodę Nobla! Z tą chorobą trzeba żyć, przyjmując regularnie leki, przestrzegając diety, nie pić alkoholu, nie palić papierosów itp. Istniejące obecnie leki i lekarze przyczyniają się do dłuższego życia ludzi na tym świecie, tylko należy o to dbać i przestrzegać wszelkich zasad koniecznych do tych spraw. Zdarza się, że niektórym ludziom brakuje na leki. Faktycznie, są bardzo kosztowne.
      Jak byliśmy nieco młodsi, chodziliśmy i sami, i z dziećmi do parków warszawskich, spacerując zwiedzaliśmy różne obiekty muzealne, pomniki i wiele różnych i ciekawych rzeczy. W niedziele z dziećmi lub sami chodziliśmy do kościoła. Zawsze witaliśmy papieża Polaka przyjeżdżającego z pielgrzymką do Polski. Byliśmy na pogrzebie księdza Popiełuszki. Wyjeżdżaliśmy również poza granicę Warszawy: do lasów na grzyby, do Zegrzynka na kajaki – tam wesoło spędzaliśmy czas w towarzystwie ludzi, co razem z nami byli, przeważnie z mojej pracy. Utrzymywaliśmy kontakty z całą naszą rodziną, często do nas przychodzili, przeważnie moja siostra Stasia, która zawsze miała dużo do powiedzenia i nas o wszystkim informowała. Już na emeryturze, ale i przed nią, chodziłem na spacery do naszego parku na Podskarbińskiej i nad kanałek wodny, na „zwałki” i do parku Skaryszewskiego. Poznałem wielu emerytów, znajomych, starszych ode mnie i w moich latach i tak z nimi spędzaliśmy czas, prowadząc różne rozmowy, przeważnie o polityce i inne. Obecnie pozostał mi tylko jeden, z którym utrzymuję kontakt, pochodzi z Podlasia, spod Siedlec, nazywa się Edmund Jasiński. Reszta znajomych zmieniła swoje życie... Zawsze po powrocie ze spacerów spotykałem w mieszkaniu moją żonę, miałem przygotowany obiad i wszystko było należycie przygotowane, czułem się jak na wczasach, ale to wszystko zmieniło się.
     Pewnego lata pojechaliśmy do Gdańska na wczasy z małżonką, które otrzymałem ze swojej instytucji. Byliśmy dwa tygodnie. Korzystaliśmy z powietrza morskiego i plaż Gdańska. Dzisiaj nie każdego na to stać, mogą pozwolić sobie na to ludzie dobrze zarabiający i bogaci. Dzieci pracowników również wyjeżdżały za niewielką opłatą. Obecnie wiele rodzin z trojgiem dzieci znajduje się w trudnej sytuacji życiowej. Przykre to jest, ale prawdziwe, sytuacja wcale nam się nie poprawia i nie zanosi się na lepsze. Jednym słowem, nie wszystko w Polsce Ludowej było złe. Komunizm jako system upadł w pewnym czasie sam. Upadł w konsekwencji swoich własnych błędów i nadużyć, choć stał się dla całego świata potężną przestrogą i wyzwaniem, ale upadł sam, z własnej immanentnej słabości… Ale do rzeczy, no więc w Gdańsku zwiedziliśmy starówkę, wyprawiliśmy się na Półwysep Helski i na Westerplatte, pływaliśmy statkiem, zwiedziliśmy Stocznię Gdańską, która była dobrze wyposażona i miała potężną wykwalifikowaną załogę, jak tak to nam objaśniono. Całą wycieczką autobusem objechaliśmy Pomorze, obejrzeliśmy wiele ciekawych, historycznych miejsc, byliśmy w Gdyni, chodziliśmy po molo, wpatrując się w nasze piękne morze.
     Po powrocie do Warszawy mieliśmy dużo do opowiedzenia naszym dzieciom i innym, jak wesoło i ciekawie spędzaliśmy wczasy nad morzem. Wtedy wiele ludzi korzystało z tych dobrodziejstw za niewielką opłatą: to wczasy, to sanatoria, to uzdrowiska, leki za darmo… Nie wszyscy to dzisiaj doceniają, tworzą się manifestacje, protesty, niezadowolenia, których nie potrafimy rozwiązywać.

Czekamy na cud?
Pierwsze lata po wojnie


      O Podlasiu, a konkretnie o okolicach Sokołowa Podlaskiego, czyli o moich rodzinnych stronach, w pierwszych miesiącach i latach zaraz po wojnie już napisałem. My wojnę przegraliśmy, za zgodą Roosevelta i Churchilla władzę nad Polską objął Stalin. Wielu ludzi nie mogło powrócić do kraju. Wielu walczących na Zachodzie u boku sprzymierzonych nie tak wyobrażało sobie koniec wojny. Z około 3,5 tysiąca lotników polskich, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii i walczyli w latach 1940 – 1945, za Polskę oddało życie prawie 2 tysiące. Większość zginęła w płonących lub roztrzaskanych samolotach, albo w wodach Morza Północnego i Atlantyku. Dzielni, ofiarni żołnierze, dobrowolnie wypełniali swój obowiązek wobec kraju i wobec sprzymierzonych. Walczyli o wolną Polskę i o lepszy świat.
    Z biegiem lat dopiero jesienią 1980 roku po sukcesie Solidarności w Gdańsku i po przemianach demokratycznych w Polsce rozpoczął się ruch wyzwoleńczy. Była to walka o życie w ścisłym tego słowa znaczeniu, zniesienie cenzury po likwidacji PRL umożliwiło pisanie i wydawanie książek na tematy dotychczas zakazane – związane z najnowszą historią Polski. To, co wówczas zdawało się niemożliwe, stało się realne. Ludzie mimo zaszczucia przez komunistyczny aparat represji znaleźli wtedy wspólny język. Tak narodziła się solidarność, nie jako organizacja, ale jako postawa społeczna, wobec której bezsilna była machina zła. Taki cud wspólnoty języka może powtórzyć się i dzisiaj.
Okrągły stół
     Na przełomie 1987/88 i po przegranym referendum II etapu reformy stawało się coraz bardziej jasne dla ówczesnych decydentów, że poprawa sytuacji wewnętrznej, zwłaszcza gospodarczej, bez poparcia społeczeństwa jest niemożliwa. Następował gwałtowny, stały spadek optymizmu społecznego.
      Był to rok po III Pielgrzymce do Ojczyzny Jana Pawła II, wielkiego spotkania wolności i nadziei, podczas którego Ojciec Święty upomniał się o prawo do prawdy, prawo do wolności, prawo do sprawiedliwości i prawo do miłości. Cały naród polski przyjmował te przemiany z wielką radością. 27 października 1991 roku odbyły się pierwsze demokratyczne i wolne wybory w Polsce i były marszem ku normalizacji, co widać było we frekwencji. Przeżyłem 84 lata w Polsce, przeszedłem różne koleje życia, poznałem panujące systemy w naszej Ojczyźnie od sanacji do obecnej demokracji… I moim zdaniem, w Polsce mamy kłopoty z demokracją. Od 20 lat dzielimy Polaków na lepszych i gorszych, biednych i bogatych, pieniądz decyduje o wszystkim. Brak jest ładu moralnego, gospodarczego i politycznego. Kwitnie korupcja, wykorzystywanie stanowisk dla własnych celów, co jest dostrzegane przez społeczeństwo. Podam fakt: mój znajomy przyszedł ze swoją chorą matką do przychodni, lekarz badanie rozpoczął pytaniem: Czy pani jest biedna czy bogata? Stąd dzisiejszy problem z ludźmi biednymi, którzy nie kochają tego, co Polskę stanowi. Przeraża mnie to wszystko, likwidowanie tylu zakładów pracy, np. nasze stocznie przestały istnieć, po prostu umarły, tylu doskonałych, wykwalifikowanych inżynierów i robotników i wielu innych zostało bez pracy. 77 lat temu miałem siedem lat śpiewałem piosenkę o morzu:


Morze, nasze morze, wiernie ciebie
Będziem strzec...
Mamy rozkaz cię utrzymać albo
na dnie twoim lec...


     Niemcom, Anglii, Włochom, Francji stocznie są potrzebne, a nam nie? O czym to wszystko świadczy, przytoczę drugi fakt: Kiedy rozpoczynałem pracę po wojsku, na sali produkcyjnej I sekretarz partii, towarzysz Wąsak, głośno krzyczał: Towarzysze, musimy uczyć się rządzić! To lepsze rządzenie przydałoby nam się dzisiaj... Opowiadanie o cudzie gospodarczym i czwartym miejscu chyba nie wszystkich przekonuje, rosną na potęgę miliardowe długi, rośnie nędza. Mamy najwięcej biednych dzieci, w Polsce mamy głodne dzieci! Wiele osób dziwi się, słysząc o tym, a nawet zaprzecza. Czy jest to problem ukryty? Czy przyczyną tak głębokiego ubóstwa wielu rodzin jest niedawna powódź, czy raczej bezrobocie i wysokie koszty utrzymania.
      Mamy największy odsetek biednych dzieci w całej Unii Europejskiej. Trudno w to uwierzyć. Ponad 30 proc. rodzin mających więcej niż troje dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa. Dzisiejsza bieda dotyka nie tylko środowiska patologiczne czy ludzi bezrobotnych, ale także tych, którzy pracują zawodowo, lecz ich zarobki są zbyt niskie, by mogli utrzymać rodzinę na godziwym poziomie. Dzisiaj nie ma nawet programu polityki rodzinnej. Czy zatem nasz rząd nie interesuje się rodziną? Istniejące od wielu lat zasiłki rodzinne też nie rozwiązują tego problemu. Ajajaj, a miał być raj.  
Zostałem sam
Upływa szybko życie, jak potok płynie czas.
Za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas.
        Nadszedł rok 2010, źle zapowiadający się dla nas. Nasze choroby stawały się bardziej dokuczliwe, choć byliśmy pod stałą opieką lekarską i prywatną i stosowaliśmy kosztowne leki, co nam przedłużało życie.
        Pomimo to szczególnie u mojej żony Jadwigi dał się zauważyć ubytek na zdrowiu. Ja wiele zakupów domowych robiłem sam i wracałem na czwarte piętro, gdyż jej duże trudności sprawiało chodzenie po schodach.
      Zbliżała się Wielkanoc, Jadzia jak zawsze święta urządzała dla całej rodziny. Tego roku poszliśmy oboje na pierwszy dzień świąt do Zbyszka i Grażyny i tam razem świętowaliśmy.
 

Umówiliśmy się, że drugi dzień świąt spędzimy u nas, oni przyjadą pod kościół, do którego zawsze chodziliśmy, i stamtąd przyjedziemy na Podskarbińską.
      Drugiego dnia świąt wstaliśmy rano, rozstawiliśmy stół na ich przybycie i poszliśmy do kościoła. Spotkaliśmy się zgodnie z umową i zaczęliśmy iść w kierunku ich samochodu. W pewnej chwili zauważyłem u Jadzi małe zachwianie, ale sądziłem, że nic poważnego.
    Wsiedliśmy do samochodu i przyjechaliśmy po nasz dom. Jadzia wysiadła i nagle zaczęła tracić siły, z trudem przy pomocy Zbyszka i Grażyny wchodziła na klatkę schodową. Sił jej raptownie ubywało i zaczęła tracić przytomność. Zbyszek krzyknął do mnie: Przynieś szybko wody i dzwoń po pogotowie! Wszystko to uczyniłem i wody przyniosłem, trochę się napiła i do Grażyny, która była przy niej, powiedziała: Coś się ze mną dzieje... Pogotowie szybko przyjechało i po zbadaniu od razu zabrali ją na nosze szpitalne i przewieźli do szpitala na Szaserów. Tam dokonano różnych prześwietleń i została umieszczona na trzecim piętrze, w klinice neurologii. Stosowano leczenie przeciwobrzękowe, nie uzyskując poprawy klinicznej. 7 kwietnia 2010 roku nastąpił zgon. Trzy dni leżała pod respiratorem. Przy łożu śmierci mojej żony Jadwigi najwięcej czasu spędziła Grażyna, ja ze Zbyszkiem nieco mniej, nie każdy jest zdolny w takiej sytuacji wszystko to znieść. Grażyna jeszcze zdobyła się na to, że przed śmiercią przyprowadziła księdza szpitalnego, który udzielił ostatniego namaszczenia chorej. Pamiętam, był również brat żony, Ziutek, i powiedział: Jak ona zdrowo i pięknie oddycha. Usłyszał to lekarz i powiedział: To nie ona oddycha, to za nią respirator. Tą drogą Grażynie składam serdeczne podziękowanie za to, co uczyniła dla mojej żony w ostatniej chwili życia swojej teściowej.
    Ania i Ewa przebywały za granicą, zostały powiadomione i natychmiast przyjechały wraz z wnukiem Pawłem i Burkhardem na pogrzeb.
       Przystąpiliśmy do przygotowania pogrzebu, właściwie Grażyna kierowała doborem wieńców, kwiatów i innych rzeczy związanych obrzędem. Zbyszek powiedział, że mamy się na pochówek złożyć, ilu nas jest, ale ja powiedziałem kategoryczne „nie”. Wszelkie koszty, które będą poniesione w związku z pogrzebem i pomnikiem, ja pokryję. W końcu Zbyszek powiedział, że każdy od swojej rodziny kupi wieniec. I tak zostało uczynione, był jeszcze wieniec od Ziutka, razem dołączony, i wiele innych kwiatów uczestników pogrzebu. W kościele przed mszą świętą pojawił się kłopot. Napisałem ogólne pożegnanie, które miał odczytać wnuczek Bartek. I nagle on mówi, że tego nie może zrobić, że załamie się… Nie było komu tego uczynić. W ostatniej chwili postanowiliśmy z Grażynką, że pójdzie do zakrystii i poprosi, by ksiądz odczytał to sam, i tak to było...
       Ciało zostało pochowane na cmentarzu w Rembertowie 10 kwietnia 2010, w dniu, w którym miała miejsce najstraszliwsza katastrofa lotnicza w powojennych dziejach Polski. Dziś już stoi pomnik z ładnym krzyżem harcerskim, który mi się bardzo podobał, rzadko spotykany jest na pomnikach. Żadnych dużych przyjęć dla gości nie urządziliśmy, tylko dla naszych dzieci, które przyjechały z Berlina, i innych domowników. Po tygodniu pojechaliśmy z Anią do ZUS i załatwiliśmy sprawy dotyczące odszkodowania. Po miesiącu otrzymałem pieniądze, które przeznaczyłem na budowę pomnika. Pół roku już jestem sam, jeszcze nie tak źle się czuję, chodzę na spacery i na czwarte piętro wchodzę bez specjalnych trudności. Dużą pomocą są dla mnie Grażyna i Zbyszek. Oni po prostu mną się opiekują, przynoszą mi smaczne obiady, przyrządzone przez nią… Ale muszę być samodzielny. Wiele zakupów robie sobie sam, z tym teraz nie ma kłopotów, wszelkie opłaty dotyczące komornego i inne opłacam w terminie, nie mam żadnych długów i nie wyciągam ręki do dzieci o jałmużnę, mam emeryturę, która mi na wszystko wystarcza.
Koniec migawek wspomnień
     Obserwuję życie w dzisiejszym świecie… Jest bardzo trudne i skomplikowane, wielu ludzi umiera z głodu, bez należytej opieki i pomocy. Nas w Polsce też nawiedzają różne nieszczęścia, powodzie, wypadki itp. Świat nie jest źródłem uszczęśliwienia człowieka, nie jest zdolny ocalić go od zła, chorób, epidemii, katastrof, cierpienia i śmierci. Wiele nieszczęść ludzie sobie sami sprowadzają, choćby narkotyki, dopalacze i inne, dobrze się stało, że premier Tusk ostatnio mocno przeciwstawił się temu złu. Tak należy czynić, jestem przekonany, że bardzo duży dużo ludzi pochwala tę zdecydowaną, mądrą decyzję. Życie jest ważne, trudne i niebezpieczne. Młodzi ludzie nie mają stabilnej pracy, niskie zarobki tworzą trudną sytuację życiową. Szukajmy prawdy, szukajmy nowych, nie odkrytych dróg.
Mamy dużo mądrych ludzi na stanowiskach w Sejmie, w Senacie, od których należy więcej jak dotychczas od premiera, prezydenta i innych.
Ostatnie zajścia wokół Krzyża nas, Polaków, poniżają, a wypadki, jakie miały miejsce w Warszawie czy w Przemyślu, źle świadczą o całym niemal społeczeństwie. Ludzie wierzący mają prawo wiązać polską tożsamość z krzyżem Chrystusowym.


Tylko pod tym Krzyżem,
Tylko pod tym znakiem,
Polska będzie Polską,
A Polak Polakiem.


     Nie wystarczy narodzić się człowiekiem, trzeba jeszcze być człowiekiem. Zbliżając się do końca migawek wspomnień, chcę dodać, że wszelkie podane wierszyki i zwrotki piosenek znam na pamięć, i melodię do nich też. Pragnę oznajmić, że w swoich wspomnieniach poruszyłem sprawy historyczne, polityczne i chrześcijańskie, dotyczące naszego kraju, które pozostawiają wiele do życzenia. Niewesoło to wszystko się zapowiada, ale to już młode pokolenie musi rozwiązywać narastające trudne sprawy przyszłego życia.
    Chcę wszystkich czytających moje wspomnienia przeprosić za wszelkie niedociągnięcia, błędy, niedomówienia i inne występujące w moim piśmie. Uważam, że 84 lata skończone w tym miesiącu, w tym 56 lat w małżeństwie, są dla mnie dużym osiągnięciem. Wszystko to zawdzięczam Bartkowi, mojemu wnukowi, i tą drogą składam mu serdeczne podziękowania za to, że mnie do tego pisania zachęcił, co wypełniło mój samotny czas. Kończąc, pragnę jeszcze dodać słowa naszego wieszcza:
Żyłem z wami, płakałem i cierpiałem z wami, nikt nie był mnie obojętny.
Trudno mi powiedzieć, kiedy rzucę was i dalej pójdę w cień z duchami do najbliższych mi osób, znajdujących się po tamtej stronie życia.

Pragnę stwierdzić, że w pisaniu moich wspomnień
korzystałem z książek naszego wspaniałego rodaka Ojca Świętego oraz z gazet, różnych czasopism i innych historycznych powieści przeczytanych przeze mnie.
Pozostała mi jeszcze piosenka, która dotyczy mego dalszego życia:  
                                                                                                           
Smutny każdy wieczór dla mnie,
siedzę przy oknie sam.
Patrzę na księżyc, a księżyc na mnie i dziwnie smutno nam.
Czasem towarzysz mej niedoli do mnie uśmiecha się,
jakby przeczuwał, że coś mnie boli i chciał pocieszyć mnie.
Zakochany księżyc błąka się po niebie, pewnie coś go dręczy,
dręczy tak jak mnie.
U mnie powód, powód prosty, brak mi tylko Ciebie, a księżyc,
którz go tam wie, może też mu źle.           
                           

Koniec

                                                       29 października 2012 roku
                                                             Stanisław Łukasiuk


Serdeczne pozdrowienia łączę dla wszystkich,
a szczególnie dla tych, którzy będą to czytać.
Szczęść Boże


Poprawiony (niedziela, 25 listopada 2012 07:22)

 

OGLOSZENIE

OGLOSZENIE



« Biuro genealogiczne w Paryzu,
w zwiazku z postepowaniem spadkowym,
poszukuje rodziny ROGOJSKICH ROGUJSKICH



wywodzacych sie z linii Romana ROGOJSKIEGO i Rozalii z Cieslickich, z pierwszego malzenstwa (syn Mieczyslaw Witold ROGOJSKI ur ; w Warszawie  w 1893 r ) i z drugiego malzenstwa Romana ROGOJSKIEGO z Teodora CIESLICKA – ich dzieci, lub ich potomkow :

 
Michalina Marianna ROGOJSKA – ur w 1899 w Warszawie
Wiktoria Rozalia ROGOJSKA ur w 1901 w Warszawie, wyszla za maz za Zygmunta CHODZICKIEGO)
Helena ROGOJSKA ur w 1903 w  Waszawie
Zofia Jadwiga ROGOJSKA ur w 1905 w Warszawie
Stanislaw ROGOJSKI ur  w 1907 w Warszawie, ozeniony z Wladyslawa CYRBUT z Plocka, syn  Wieslaw ROGOJSKI ur w 1932 w Plocku
Waclawa ROGOJSKIEGO ur w 1909 w Warszawie ozenionego z Helena GAJEWSKA


 



Osoby mogace naprowadzic,
a ich slad proszone sa o kontakt


Beata Solecka
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
(33) – 683 52 29 89

 

 

Ignacy Paderewski w Kaliforni 1896-1939 (Krzysztof Onzol)

Ignacy Paderewski w Kalifornii 1896 - 1939

Pianista * Kompozytor * Mąż Stanu * Orator * Poliglota * Filantrop * Posiadacz Ziemski * Współczesny Nieśmiertelny

Ignacy Paderewski odwiedził Kalifornię po raz pierwszy dopiero w trakcie swojej trzeciej tury koncertowej w Stanach Zjednoczonych. Był już wtedy supergwiazdą, idolem, do którego wzdychały wszystkie damy Ameryki w wieku od lat czterech do lat stu z okładem, bożyszczem wprawiającym cały kraj w stan zbiorowego zauroczenia, określany krótko Paddy-manią.
Ameryka stała się dla niego krainą z bajki – uwielbiał ją, a ona odpłacała mu to uczucie w pełni. Na koncerty przychodziło po kilka tysięcy ludzi, nowojorskie elegantki zamawiały pończochy z zapisem nutowym fragmentów jego Menuetu, dzieciom dawano w prezencie cukierki „Paderewski” oraz zabawki w kształcie pianina z miniaturowym wyobrażeniem Paderewskiego przy klawiaturze. Do mycia rąk używano mydła „Paderewski”, a w środowiskach artystycznych obowiązkowym uczesaniem męskim była fryzura na „Paderewskiego”. Na stacjach, wzdłuż tras przejazdu pociągu, którym podróżował w swoim luksusowym prywatnym wagonie, zbierały się tłumy ciekawskich i wielbicieli aby go wiwatować.

Po “purpurowym” przyjęciu w wielkich miastach atlantyckiego wybrzeża i centralnego USA, klasą dorównujących europejskim metropoliom, w 1896 roku podążył z koncertami do stanu, którego cała ludność stanowiła zaledwie jedną trzecią ówczesnego Nowego Jorku, a San Francisco, największe wtedy miasto w zachodniej Ameryce, było zaledwie połową Warszawy z końca XIX wieku.

Nie sposób odgadnąć jakie wyobrażenie o Kalifornii miał Paderewski gdy na początku lutego 1896 roku przybywał do San Diego. Z pewnością nie znał mocno już wówczas przestarzałej relacji Aleksandra Hołynskiego o utopijnym kraju, w którym profesor łaciny podaje zupę w restauracji, pucybut jest filozofem, a wszyscy są sobie równi, zarabiając krocie. Musiały natomiast do niego docierać publikowane na wschodzie Ameryki fantastyczne historie o krainie, w której po przeminionej już gorączce złota zaczynała się właśnie gorączka ropy naftowej i gdzie marzenia o fortunie przeistaczały się w rzeczywistość w mgnieniu oka.

Jakież musiało być zatem jego zdumienie gdy z maleńkiej stacji kolejowej przyszło mu przejść do sali koncertowej o nazwie Teatru Operowego Fishera prawie kilometr polną drogą, przy której jedyną, wątpliwej natury atrakcją, był niewielki dom gier hazardowych. Jakiej sali, jakiej publiczności, jakiego przyjęcia mógł oczekiwać światowej klasy artysta, przybywający z arcypoważnym koncertem pianistycznym w zwykły, czwartkowy wieczór do zagubionej gdzieś na amerykańsko-meksykańskim pograniczu, mocno podupadłej, kilkunastotysiecznej mieściny, o której lata poźniej powiadał, iż w roku 1896 była „zaledwie wsią”?

Bajeczność Ameryki Paderewskiego, tak jak wszędzie, również w prowincjonalnym San Diego, objawiła się w pełnej krasie gdy Teatr Operowy Fishera okazał się jedną z najlepszych i najnowocześniejszych sal koncertowych w Kalifornii, której 1400 miejsc wypełniła wieczorem prawdziwie elegancka i świetnie znająca się na muzyce publiczność. Większość jej stanowili goście luksusowego, 400-pokojowego hotelu del Coronado, bowiem dla właściwej ludności miasteczka, z wyjątkiem nielicznej elity z kręgów biznesu i polityki, bilety w cenie od trzydziestu do ponad stu dolarow (według dzisiejszego przelicznika) były zupełnie nieosiągalne.

Jest coś wprost surrealistycznego, kłócącego się z logicznym porządkiem rzeczywistości, w zestawieniu Paderewskiego i jego sztuki z obrazem ówczesnego San Diego i całej Kalifornii na przełomie XIX i XX wieku. Z jednej strony była to wówczas kraina najbardziej dynamicznego rozwoju w świecie, przechodząca bolesne przeobrażenie ze stanu gospodarki chaotyczno-rabunkowej w stan wysoce zorganizowanego społeczeństwa, świadomego wielkich wartości tego kawałka ziemi. Z drugiej strony, był to wciąż zapyziały światek małych miasteczek, wielkich farm, słabej sieci marnych dróg, powszechnego analfabetyzmu, prymitywnych warunków sanitarnych, nadużywania whisky i powszechnego rozboju. Jest to wciąż jeszcze czas gdy nastoletnia młodzież kalifornijska najchętniej zabawia się konną galopadą po ulicach miast i strzelaniem do mijanych domów, dorożek oraz lamp ulicznych. Zupełnie groteskowe wydają się być w tym kontekście tłumy ściągające tysiącami na koncerty Paderewskiego, na które bilety rozchodziły się w mgnieniu oka, aby pojawiać się we wtórnej sprzedaży po cenie trzy, cztery razy wyższej, sięgającej nie rzadko wysokości kilkuset dzisiejszych dolarów, a mimo to znajdujące nabywców bez trudu.

Jednym z niewielu koncertów Paderewskiego, na których publiczność nie przepełniła sali, był jego pierwszy recital w Los Angeles, nastepnego dnia po San Diego. Przyczyną takiego stanu rzeczy, jak należy przypuszczać, były warunki finansowe postawione przez artystę, o czym z pewnym jadem donosiła lokalna prasa, imputując mu nawet “brak zdrowego rozsądku”. Tym pierwszym występem, w 75-tysięcznym wówczas Los Angeles, rozkochał wszakże w swojej sztuce i melomanów i krytyków muzycznych raz na zawsze. Odtąd, przez przeszło cztery dziesiątki lat kalifornijska prasa anonsowała go jako “wielkiego”, “światowej sławy”, “lśniącego własnym światłem”, wspaniałego”, “najsłynniejszego w świecie” i “niezrównanego” artystę. Nazywano go “Polskim Lwem”, magiem “rzucającym niezwykły czar na publiczność”, imieniu jego przypisywano “jakiś magnetyzm, którego nieodparte działanie przyciągało tłumy gdziekolwiek duch jego sztuki się nie pojawił”, rozważano “nadnaturalną siłę osobowości”, i opisywano jako “uniwersalnie uwielbianą postać”. Miarą prawdziwej wielkości człowieka jest wszakże moment gdy zaczyna on funkcjonować w świadomości społecznej na zasadzie ikony, jako wartość sama w sobie, ponad treścią swego dzieła. Paderewski stał się taką ikoną już po pierwszych koncertach w Kalifornii i pozostał nią na zawsze. W wielonakładowych gazetach San Francisco i Los Angeles oraz w każdej lokalnej gazecie jak stan Kalifornia długi i szeroki był nieodzownym tematem. Tylko Los Angeles Times poswięcił mu blisko 250 artykułów, a ponad 1500 razy był przedmiotem wszelakiego rodzaju wzmianek, porównań i ogłoszeń reklamowych. Komentowano każdą jego wypowiedź, podpatrywano i analizowano każdy krok w jego życiu do rozmiarów absurdu. Oto, gdy na Boże Narodzenie 1904 roku Paderewski udawał się na kilka dni w odwiedziny do „Ardenu”, posiadłości Heleny Modrzejewskiej w okolicach Anaheim, pewien nadąsany reporter donosił w świątecznym wydaniu gazety ze stacji Los Angeles: „Poranny pociąg linii Santa Fe doznał frustrującego opóźnienia wczorajszego poranka, oczekując w deszczu kilka minut na przybycie pewnych ożywionych i nieożywionych przedmiotów podróżujących spóźnionym pociągiem z San Francisco. Był to jeden z najbardziej irytujących przypadków w historii. Konduktor przeklinał deszcz padający mu za kołnierz, flagowy kurczył się ze strachu przy każdym jego rozkazie, a palacz popuszczał z komina pełen sadzy dym. Oto wielki pociąg do San Diego stał, tracąc czas w oczekiwaniu na dwa absurdalne fortepiany, osiem takichże waliz, rozczochraną kobietę, osobistego sekretarza, trzy służące, wielką zieloną papugę, paczkę chrupków, ser i małego człowieczka z szaloną fryzurą, łagodnymi oczami i o niemożliwym do wymówienia nazwisku Paderewskiski.
...
Pociąg posłusznie oczekiwał aż kawalkada Paderewskiego nadeszła. Pianista szedł dostojnie na przodzie, za nim jego polska żona, wielce podekscytowana z obawy, że mogliby nie zdążyć, a potem niosąca klatkę z papugą, zupełnie roztrzęsiona służąca, za którą podążała następna z papuzimi chrupkami i serem – nieszczęsna dziewczyna źle obliczyła wysokość stopnia pociągu i chrupki z serem, a i ona sama wywaliły się na peron w chwili gdy zabrzmiał gong ostrzegający o odjeździe pociągu lada moment. Sekretarz popędził na pomoc, rozszarpując przy okazji papierową torbę, z której wytoczyły się na peron butelki z wodą sodową i delikatną smietanką z północnych mleczarni. Oboje, służąca i sekretarz, padli na kolana w raptownej próbie pozbierania cennych szczątków jedzenia. Papuga zaczęła rzucać przekleństwa po polsku. Hrabia Bozenta (mąż Modrzejewskiej) gestykulował zamaszyście w zdenerwowaniu i prosił o przytrzymanie powitalnego bukietu kwiatów aby mógł zapalić papierosa dla ukojenia nerwów. Paderewski uśmiechał się i gramolił do pociągu ze wzrokiem utkwionym w oddali. Gdy główny powód atrakcji usadowił się już bezpiecznie w pociągu, konduktor przestał zwracać uwagę na jego grzebiących się podwładnych i dał znak do odjazdu. Papuga wrzeszcząc wniebogłosy patrzyła jak jej delikatesy umykają z widoku. Bagażowy z wysiłkiem i w ostatniej chwili wepchnął na stopnie pociągu sekretarza i służącą, a tak pożądane chrupki i ser zostały na stacji dla miejscowych ptaków.

Paderewski ma teraz włosy nieco krótsze, jego ubranie jest szczyptę bliżej obowiązującej mody, i mówi dużo lepiej po angielsku – tym nie mniej jest to wciąż ten sam Paderewski.”
Pierwsza tura koncertowa Paderewskiego w Kaliforni trwała zaledwie 25 dni, od 6 lutego do 2 marca 1896 roku. Odwiedził wtedy sześć miast, dając ogółem 14 koncertów. Był to tytaniczny program, na jaki zdobyć mógł się wyłącznie człowiek o stalowej kondycji fizycznej, fenomenalnej odporności psychicznej i bezkresnym umiłowaniu tego co robił. Do Kalifornii przybył po odbyciu już 49 koncertów w ciągu trzech miesięcy na trasie liczącej prawie dziesięć tysięcy kilometrów. Z San Antonio w Teksasie, gdzie koncertował 3 lutego, wyruszył nastepnego dnia rano w półtoradniową podróż do stacji Arcade w Los Angeles dokąd dotarł 5 lutego wieczorem. Przenocował w swoim wagonie na bocznicy, po czym rano udał się w drogę do San Diego na wieczorny koncert. W dwa następne wieczory grał w Los Angeles, kolejnego dnia przez 12 godzin telepał się pociągiem do San Francisco by po słabo przespanej nocy i całym dniu przygotowań, dać znów porywający koncert złożony z kilkunastu utworów i wielu bisów dla ukontentowania publiczności. Tak szalony rytm koncertowy Paderewskiego nie miał miejsca nigdzie indziej w świecie oprócz Ameryki i trwał co najmniej przez piętnaście następnych lat, kiedykolwiek tam powracał. W późniejszych latach, szczególnie po powrocie do koncertowania spowodowanej przerwą na działalność polityczną, intensywność jego tur koncertowych nieco zmalała, za to wzrosła jeszcze bardziej ich dostojność.

Jesienią 1913 roku Paderewski przybył do Ameryki aby odbyć swoją dziewiatą turę koncertową w tym kraju. Szaleńcza praca przez wszystkie poprzednie lata doprowadziła w końcu do momentu, w którym nawet tak odporny organizm jakim szczycić mógł się nasz bohater, odmówił dalszej kooperacji. W połowie stycznia 1914 roku musiał na jakiś czas zawiesić koncerty, bowiem jego prawa ręka stała się praktycznie bezwładna. Wtedy to z polecenia przyjaciół w San Francisco wybrał się po raz pierwszy do Paso Robles, małej mieściny w powiecie San Luis Obispo, położonej dokładnie w połowie drogi pomiędzy San Francisco i Los Angeles. Podróż pociągiem, z któregokolwiek z tych miast do Paso Robles nie wymagała więcej niż sześć godzin Paderewski ma teraz włosy nieco krótsze, jego ubranie jest szczyptę bliżej obowiązującej mody, i mówi dużo lepiej po angielsku – tym nie mniej jest to wciąż ten sam Paderewski.”

Pierwsza tura koncertowa Paderewskiego w Kaliforni trwała zaledwie 25 dni, od 6 lutego do 2 marca 1896 roku. Odwiedził wtedy sześć miast, dając ogółem 14 koncertów. Był to tytaniczny program, na jaki zdobyć mógł się wyłącznie człowiek o stalowej kondycji fizycznej, fenomenalnej odporności psychicznej i bezkresnym umiłowaniu tego co robił. Do Kalifornii przybył po odbyciu już 49 koncertów w ciągu trzech miesięcy na trasie liczącej prawie dziesięć tysięcy kilometrów. Z San Antonio w Teksasie, gdzie koncertował 3 lutego, wyruszył nastepnego dnia rano w półtoradniową podróż do stacji Arcade w Los Angeles dokąd dotarł 5 lutego wieczorem. Przenocował w swoim wagonie na bocznicy, po czym rano udał się w drogę do San Diego na wieczorny koncert. W dwa następne wieczory grał w Los Angeles, kolejnego dnia przez 12 godzin telepał się pociągiem do San Francisco by po słabo przespanej nocy i całym dniu przygotowań, dać znów porywający koncert złożony z kilkunastu utworów i wielu bisów dla ukontentowania publiczności. Tak szalony rytm koncertowy Paderewskiego nie miał miejsca nigdzie indziej w świecie oprócz Ameryki i trwał co najmniej przez piętnaście następnych lat, kiedykolwiek tam powracał. W późniejszych latach, szczególnie po powrocie do koncertowania spowodowanej przerwą na działalność polityczną, intensywność jego tur koncertowych nieco zmalała, za to wzrosła jeszcze bardziej ich dostojność.

Jesienią 1913 roku Paderewski przybył do Ameryki aby odbyć swoją dziewiatą turę koncertową w tym kraju. Szaleńcza praca przez wszystkie poprzednie lata doprowadziła w końcu do momentu, w którym nawet tak odporny organizm jakim szczycić mógł się nasz bohater, odmówił dalszej kooperacji. W połowie stycznia 1914 roku musiał na jakiś czas zawiesić koncerty, bowiem jego prawa ręka stała się praktycznie bezwładna. Wtedy to z polecenia przyjaciół w San Francisco wybrał się po raz pierwszy do Paso Robles, małej mieściny w powiecie San Luis Obispo, położonej dokładnie w połowie drogi pomiędzy San Francisco i Los Angeles. Podróż pociągiem, z któregokolwiek z tych miast do Paso Robles nie wymagała więcej niż sześć godzin na niczym, pomimo iż ze wszystkich okolicznych działek pompowano ją w obfitości. Być może dlatego też w swoich Pamiętnikach pisał z cierpkim przekąsem: „Tak, kochałem Paso Robles, zanim je kupiłem i potem także. Okazało się ... jeszcze jedną żyłą złota, taką do której pompuje się złoto, a nie wydobywa nigdy!” Tak, Paderewski rzeczywiście wpompował w ciągu kilkunastu lat około trzech milionow dzisiejszych dolarów w zagospodarowanie swojej posiadłości. Była to suma o wiele wyższa niż uzyskano za jej sprzedaż jakiś czas po jego śmierci.

Paderewski nigdy nie zbudował domu na swoim ranczo. W czasie swoich wielokrotnych pobytów w Paso Robles mieszkał zawsze we wspaniałym wiktorianskim hotelu, który niestety spłonął w grudniu 1940 roku, na kilka dni przed jego planowanym przyjazdem na świąteczny odpoczynek i doglądnięcie posiadłości. Pamięć o Paderewskim przetrwała wszakże w Kalifornii i jest żywa po dzień dzisiejszy. W odbudowanym po pożarze hotelu Paso Robles Inn, jedna z sal bankietowych nosi jego imię. Co jakiś czas, w którejś ze 100 winiarni jakie obecnie istnieją w okolicy miasta, produkuje się okazjonalne wydanie pewnej ilości butelek wina z gron odmiany zinfandel z podpisem „Mieszanka Paderewskiego”. Przez szereg lat, do 2002 roku, wielką popularnością w całej Kalifornii cieszył się coroczny wiosenny Festiwal Paderewskiego w Paso Robles, który po kilkuletniej przerwie, już w bieżącym roku zostanie reaktywowany. W trakcie realizacji jest plan postawienia pomnika Paderewskiego na terenie prestiżowego Uniwersytetu Południowej Kalifornii, który w 1923 nadał mu godność doktora honoris causa w zakresie prawa w uznaniu jego zasług jako humanisty i męża stanu.

W ciągu czterdziestu czterech lat Paderewski wystąpił w Kalifornii publicznie ponad osiemdziesiąt razy, dał niezliczoną ilość prywatnych koncertów w zaprzyjaźnionych domach, grał w Paso Robles i w wielu innych miejscach w ad hoc aranżowanych wystąpieniach z potrzeb altruistycznych i ku radości otoczenia. W czasie owych czterdziestu z okładem lat kiedy odwiedzał Kalifornię, przepoczwarzyła się ona z pustawej i sielskiej krainy, tu i ówdzie dotknietej znamionami cywilizacji, w przemysłowo-artystycznie-handlowo-naukowy kombinat osadzony w otoczeniu nieprawdopodobnie wielorakiej i cudownej natury. Los Angeles z prowincjonalnego, niespełna 100-tysięcznego miatsa wyrosło na półtoramilionową metropolię, światową stolicę kinematografii, która w 1896 roku nawet jeszcze nie istniała. San Diego rozrosło się w 200-tysięczne przepiękne miasto. Berkeley zaczeło przypominać wreszcie bardziej starożytne Ateny niż typowe miasteczko „dzikiego zachodu”, a po San Farncisco pędziły dziesiątki tysięcy samochodów, których zaledwie i literalnie jeden był w całym mieście gdy Paderewski przybył tam z pierwszym koncertem. W trakcie jednego z pobytów w Paso Robles w latach 20-tych, Paderewski został zaaresztowany w okolicach Camarillo za szaleńczą jazdę samochodem z szybkością 60 km/godz., prędkość, która trzydzieści lat wcześniej nie była nawet przedmiotem jakichkolwiek rozważań.

Czterdzieści lat przed pierwszym występem Paderewskiego w Kalifornii, Aleksander Hołynski, polski globtroter i reporter w jednej osobie, pisał o tej krainie, iż “rolnik nie może skarżyć się na tę ziemię, którą artysta ogląda z obojętnością, jeśli nie z niechecią”, oraz, że “natura uczyniła Kalifornię użyteczną, rolą człowieka jest uczynić ją przyjemną”. Nie ma żadnej wątpliwości, że Paderewski przyczynił się istotnie do wypełnienia postulatu Hołynskiego, zapewniając swoim kunsztem artystycznym i charyzmatyczną osobowością najwyższej klasy przyjemność dziesiątkom tysięcy kalifornijczyków. Z sobie tylko właściwą dystynkcją obalił również tezę o niechęci artysty do ziemi.

Tak, Paderewski dawał radość i czynił przyjemnym życie kalifornijczyków. Był prawdziwie dobrym duchem tej krainy, nic zatem dziwnego, że kochali go do łez gdy w 1939 roku grał w Shrine Auditorium dla ośmiotysięcznej publiczności swój pożegnalny koncert w Los Angeles, a potem dla niemal takiej samej liczby słuchaczy w Civic Exposition Auditorium w San Francisco. Potknięcia warsztatowe starego człowieka nie miały najmniejszego znaczenia, bo oto wraz z ostatnim akordem koncertu w San Francisco, na scenę wskoczył jeden z widzów aby w spontanicznym odruchu podzięki ucałować ręce pianisty, a krytyk z San Francisco Chronicle pisał tak: „Wysoka, w surdut ubrana postać o niepewnym kroku ale kolosalnej dostojności, jest daleko więcej niż najsławniejszym pianistą świata. Jest on znacznie więcej niż artystą z prawem do noszenia tytułu Kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, jest kawalerem większej ilości orderów niż można sobie wyobrazić i profesorem większej liczby honorowych dyplomów niż jest sam w stanie zliczyć. On jest nawet więcej niż człowiekiem, który zrobił kilka
fortun aby je rozdać dla dobra innych. On jest przede wszystkim tym, który mając wszelkie pochlebstawa, nagrody pienieżne i poważanie całego świata u swoich stóp, nie zawahał się odsunąć tego na bok , odrzucając profity i bezpieczeństwo jakie mógł sobie łatwo zapewnić, aby poświęcić się w całości sprawom wyłącznie humanitarnym.

Świat ma wiele powodów aby docenić tak rzadki dzisiaj humanizm, szczególnie gdy sukces sprawy, o którą Paderewski walczył jest teraz zagrożony. Zatem jedynym co pozostało do zrobienia, było oddanie mu skromnego honoru poprzez przybycie wczoraj aby wysłuchać jego gry” Gdy zmarł w 1941 roku, Los Angeles Times donosił: “Odejście nieśmiertelnego herosa, Ignacego Paderewskiego, stało się głęboką osobistą stratą dla wielu w Południowej Kalifornii.” Tak, była to wielka strata dla kalifornijczyków i dla całego świata..

Krzysztof Onzol
Los Angeles

Poprawiony (środa, 23 stycznia 2013 15:56)

 

Kosteccy herbow Dabrowa, Rogala i Slepowron

KOSTECCY

HERBOW

DABROWA; ROGALA I SLEPOWRON



Kosteccy herbu Dąbrowa

Ten dom Kosteckich legitymowali się przed Deputacją Wywodową Guberni
Grodzieńskiej. Według dokumentów legitymacyjnych Heroldii Cesarstwa Rosyjskiego, Jan Kostecki, syn Jakuba, a wnuk Daniły, w 1703 roku zapisał część wsi Malewice (parafia Dziadkowice, ziemia bielska, województwo podlaskie), swojej posiadłość dziedzicznej, synowi Wojciechowi. Grzegorz (1740), syn Wojciecha, w 1779 roku sprzedał Malewice Ignacemu Bobrownickiemu za 3000 złp.  Źródła notują Mariannę Kostecką (1674), służącą we dworze w Jamiołkach Piotrowiętach, ziemia bielska.

 Kosteccy herbu Rogala

Według akt szlacheckiej Deputacji Wywodowej Guberni Kamieniecko-Podolskiej, Piotr Kostecki miał syna Jana, rzekomego cześnika przemyskiego, a ten Marcina, skarbnika nurskiego, także niepotwierdzonego źródłowo urzędnika. Z nich Jan, dziedzic części Kostek, z Marii Ławickiej vel Słoneckiej, miał synów: Antoniego Wojciecha i Szymona. W 1689 roku w żydaczewskim grodzkim sądzie odbyła się sprawa pomiędzy Marcinem Kosteckim, skarbnikiem nurskim, dziedzicem osady Kostki, a jego małżonką, o posiadanie wszelkiej ruchomości, srebra, mebli, pieniędzy, a także osady Kostki ze wszystkimi przynależnościami.

Kosteccy herbu Ślepowron

Przedstawiciele tego domu Kosteckich legitymowali się w XVIII/XIX wieku przed Deputacją Wywodową Guberni Wileńskiej. Według przekazów ustnych, rodzina wzięła początek z Korony. Andrzej Kostecki, dziad legitymującego się, w czasie zamieszek wojennych dostał się na Litwę, gdzie ożeniwszy się z panną Katarzyną Szwołkun h. Szeliga, spłodził synów.  


Wnioski:

Na obecnym etapie badań, trudno stwierdzić skąd wywodziły się ww. rodziny.
Kosteccy h. Dąbrowa, z tym herbem wywiedli się podczas legitymacji szlachectwa ale prawdopodobnie przyjęli  go, ażeby uwiarygodnić pochodzenie od znaczniejszej rodziny Kostków h. Dąbrowa. Tego rodzaju praktyki odbywały się w wielu pomniejszych rodzinach szlacheckich, które w ten sposób przydawały sobie splendoru.
Być może, poszczególne rodziny Kosteckich były wspólnego pnia z  Kostkami h. Ślepowron ze wsi Kostki położonej w Ziemi Drohickiej.



Przypisy:

 1. RCHA w Petersburgu, Sprawa szlachectwa Kosteckich wylegitymowanych w Cesarstwie Rosyjskim i zapisanych do ksiąg szlachty guberni grodzieńskiej, fond 1343, opis 23, dieło 7606.
 2. AGAD w Warszawie, sygn. ASK I 70. Bardzo możliwe, że była to szlachcianka, gdyż służbę chłopską rzadko zapisywano w takich rejestrach z imienia i nazwiska.
 3. RPHA w Petersburgu, Sprawa szlachectwa Kosteckich wylegitymowanych w Cesarstwie Rosyjskim i zapisanych do ksiąg szlachty guberni podolskiej, fond 1343, opis 23, dieło 7611.
 4. Litewskie Państwowe Historyczne Archiwum (LPHA) w Wilnie, sygn. F 391-1-1690, s. 136, Wykaz rodów szlacheckich powiatu wiłkomirskiego z 1795 roku; sygn. F 391-1- 401, Dieło o dworjanskom prishożdienii Kostieckich gierba Sliepowron s izobrażieniem 1820-1844; sygn. F 391-4-1461, s. 1-3, Pokoliennaja rospis roda Kostieckich priznannogo opriedielienijami 24.08.1820 i 30.09.1844. Por. A. Boniecki, op. cit., t. XI, s. 348 i S. Uruski, op. cit., t. VII, s. 313.
 5. A. Boniecki, op. cit., t. XI, s. 356, 357 – wymienia Kostków z Kostek na Podlasiu bez podania herbu. Od Kostków mają pochodzić Kostkowie Suchodolscy herbu Ślepowron odm. (Zob. W. Wijuk Kojałowicz, Herbarz rycerstwa W. X. Litewskiego, Kraków 1897, s. 287), wywodzący się z Suchodołu, w ziemi drohickiej i Skibniewscy herbu Ślepowron ze Skibniewa, także położonego w ziemi drohickiej.



material nadeslal Robert Kostecki z Pasleka

Poprawiony (niedziela, 07 października 2012 10:42)

 
Więcej artykułów…